| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Czasem zajrzę
Inne miasta
Odpad poprodukcyjny
Ściągawki
Wieki temu
Wpisy udźwiękowili...
Wapniak na świat spogląda

20-latki

środa, 07 marca 2012




W krzywym zwierciadle...

Coś mi ta obecna rzeczywistość wygląda, jakby patrzył na nią przy pomocy krzywego zwierciadła. A miało być tak pięknie i kolorowo. I jest. Ale tylko z zewnątrz, patrząc na opakowanie, bo zaglądając do środka... Jeszcze nie przyzwyczailiśmy się do smaku nowego rodzaju soli a już przyjdzie nam zmierzyć się ze smakiem jaj bez jaj. A to przecież tak naprawdę wierzchołek góry lodowej... Tylko ktoś naiwnie wierzący we wszystko, co oficjalne służby ogłoszą, może twierdzić, że jest inaczej. A zresztą jak można wierzyć oficjalnym organom, skoro sól, która miała być szkodliwą, taką podobno nie jest(?). Po co więc były te wszystkie rozróżnienia na sól spożywczą i przemysłową? Skoro jest tak dobrze to może... Zima była łaskawa, więc może drogowcy puszczą na rynek trochę swoich nadwyżek? I jeszcze zarobią! Kupili ją jako przemysłową a sprzedadzą - po odpowiednio wyższej cenie - jako spożywczą. Urzędy jakoś to społeczeństwu wytłumaczą. W końcu człowiek, nie zwierzę - zje wszystko... Nawet przy dzisiejszej wiadomości o kolejnej aferze spożywczej (susz jajeczny z suszu rybnego) widnieje na tę chwilę 9 "lajków". Jak barany na rzeź: "lubią to", co im zaszkodzi. No nie róbmy sobie jaj z jaj!


No i jak my mamy żyć coraz dłużej, wtłaczając w siebie coraz więcej tego "świeżutkiego" jedzenia? Takie tendencyjne pytanie zadaję sobie, co i rusz słysząc, że tak właściwie, to nie wiem co jem. A tak przy okazji: czy wapniaki pamiętają, gdy w latach przełomu ktoś wychylał głowę, ostrzegając, aby nie jeść zachodnich wynalazków pełnych e-dodatków, to zaraz był wyśmiewany, posądzany o zaściankowość?
W "Dzienniku Bałtyckim" z dn. 26.09.1991 przeczytać było można: "Federacja Konsumentów ostrzega: Nie kupuj żadnych produktów żywnościowych jeśli wśród składników wymienione są symbole: E-122, 123, 127, 131, 171, 230, 239, 321". Dziś (sprawdziłem pobieżnie) część z nich jest uważana za bezpieczne, część podejrzana o szkodliwe działanie, ale jest i tak, że "z powodu efektów ubocznych UE ogranicza stosowanie BHT (E-321) i liczba produktów zawierających ten związek spadnie w ciągu najbliższych lat". Cóż, w tamtych latach wszyscy byliśmy wpatrzeni w zachód, jak w święty obrazek...
 


*  *  *  *  *  *  *

Najważniejsze, aby z niczym nie przesadzać. Po prostu - dozować. Ostrą papryczkę też, wiec dziś wersja łagodna... A pieprz? A pieprz... jourself!!!

Red Hot Chili Peppers - Dosed










niedziela, 02 października 2011


Jeszcze PRL nie zginął, póki my żyjemy - chciałoby się powiedzieć, gdyby to nie była obraza dla co wrażliwszych osób, lub tych, którzy znają miniony czas... z obrazków. Tak zazwyczaj jest przy komentowaniu tematów w jakimkolwiek stopniu zahaczających o tamte czasy, że największą zaciekłością w krytyce wykazują się ludzie znający PRL z lektury czasopism i oglądania filmów "z epoki". Starsi, jakby zaczęli oswajać w sobie przeszłość, bo człowiek tak jest już skonstruowany, że woli pamiętać miłe elementy życia, niż te złe. Nawet po latach Lech Wałęsa podał rękę w szpitalu swemu wrogowi nr 1 - generałowi Jaruzelskiemu - co z punktu widzenia zdarzeń minionych lat, nie powinno się wydarzyć. Różnie oceniany jest ten gest - to zrozumiałe. Dla mnie jest to po prostu oswajaniem się z przeszłością. Godzeniem się z nią. Po czasie, pewne sprawy tracą na znaczeniu. Dla przykładu, w mojej rodzinie jedna osoba zaszkodziła drugiej przy chęci wyjazdu na stałe do USA (na swoje nieszczęście chciała ona to zrobić legalnie, w ramach łączenia rodzin), obawiając się, że straci swoją pracę związaną ze sprawami wojskowymi. Po wielu staraniach jednak udało się wujowi wyjechać. Musiało jednak minąć wiele dziesiątek lat, gdy obydwie osoby z rodziny do siebie ponownie się odezwały. Na koniec, "oprawca" - być może powodowany wyrzutami sumienia? - poleciał na swój koszt do Stanów, co było dla niego niemałym wydatkiem, aby pożegnać swą "ofiarę", gdy ta wybrała się w ostatnią podróż...

No ale nie miało być aż tak pogrzebowo, bo życie trwa nadal. Czekałem jednak na impuls aby przypomnieć znowu, czym żyło się 20 lat temu. Impuls zaistniał, ale o tem potem. Właśnie w maju 1991 roku w "Dzienniku Bałtyckim" ukazał się artykuł pt. "PKO S.A. przedłuża skup bonów. Długi pogrzeb". Oczywiście chodziło o bony towarowe PeKaO. Pierwsza emisja tych "wewnętrznych dolarów" miała miejsce w 1960 roku. Na początku lat siedemdziesiątych były już w obiegu bony na sumę prawie 20 milionów dolarów, a pod koniec osiemdziesiątych - ponad 100 milionów. "Długi pogrzeb" był spowodowany niemożnością oceny ile tak naprawdę bonów w końcowym okresie ich żywota (oficjalna data zgonu: 31.12.1990) było w posiadaniu Polaków. Jak informowała gazeta: "Zamierzano zakończyć skupywanie bonów 31 marca 1991. Później termin ten przełożono na 30 kwietnia. Ponieważ jeszcze zgłaszają się klienci pragnący wymienić bony, bank postanowił w dalszym ciągu prowadzić skup.". Na koniec artykułu była jeszcze "dobra rada" dla banku aby zamieścił ogłoszenie w gazecie (często kiedyś spotykane): BONY KUPIĘ!
Ciekawe, ile takich - już bezwartościowych kawałków papieru - jest jeszcze w naszych domach, zostawionych tak na pamiątkę?


Jak się można teraz domyślić, będzie słówko o Peweksie. Wiem, już było, ale skoro trafiła się okazja... I tu dochodzimy do właściwego impulsu dla wpisu. "Prostytutki i cinkciarze bohaterami filmu o Dolarowcu"
(art.) - taki efekciarski tytuł nosi informacja filmie o mieszkańcach tego znanego wrzeszczańskiego budynku. Zainteresowała mnie część komentarzy dotycząca mieszczącego się kiedyś w tym wieżowcu sklepu Peweksu. Bo to taka bajka o oswajaniu przeszłości... Nie o chęci powrotu "starego" - jak to chcą widzieć niektórzy - ale właśnie umiejętności cieszenia się drobiazgami z przeszłości.

Zacznę jednak od słów tych, którzy... No właśnie. Z przytoczonej poniżej pierwszej wypowiedzi, jasno wynika, że często głos zabierają ludzie, którzy Pewex "znają z obrazka". Bo jak inaczej można zinterpretować takie słowa
Dolara:
"Olimp, siedlisko prostytutek, marynarzy i cinkciarzy. Czy to aby napewno było ulubione miejsce mieszkańców Gdańska? Kogo było stać na zakupy w Pewexie? Kur.@ i cinkciarz żył słodko w tamtych czasach [...]. Reszty przemyśleń człowieka szkoda cytować.

Zobaczmy zatem, kogo było stać na zakupy w Pewexie?

Grzesiek pisze: "Ja zaopatrywałem się głownie w Peweksie przy al. Niepodległości w Sopocie, choć zdarzało mi się kupić jeansy  i coś jeszcze we wrzeszczańskim. Dwa lata spędzone na chicagowskiej budowie zrobiły ze mnie finansowego krezusa".
Nie trzeba było jednak tułać się po świecie, aby zawitać w progach sklepu.
Pamiętam napisała: "Pewex w dolarowcu - pierwsza wypłata to równowartość 8 dolarów. Hiperinflacja. Kupiłam tam pierwsze Martini. Podaruj sobie odrobinę luksusu he he. Śmieszne z obecnej perspektywy.
"Dla mnie to miejsce fajnych wspomnień, pierwszy raz tato kupił mi "rysoraki", które mam do dzisiaj. To chyba ze 30 lat minęło... Próbuje przypomnieć sobie Noga, który szanuje swoje zabawki. Za to Dziedzic, jak przystało na dziedzica: "Ja wszystkie swoje resoraki wysadziłem w powietrze i spaliłem. Robiło się też crash testy, kładąc na szynie tramwajowej. To były czasy...
Natomiast
Observer zaobserwował, że coś spowszedniało nam z upływem lat: "Pamiętam smak orzeszków ziemnych z puszki i coca coli amerykańskiej... wtedy nie było mnie stać, dziś, kiesy mam pieniądze nie kupuję coli ani orzeszków.


Hmmm. Każdy musi sam wybrać, w jaki sposób zapamięta tamten, dość specyficzny okres handlowy. Podejdziemy do tego z humorem, ciesząc się teraźniejszością, czy też będziemy robić z siebie męczenników? Wybór należy do każdego z osobna.

"Pokaz filmu jest częścią artystycznego projektu "Gdańsk OdNowa", którego celem jest pokazanie ulubionych miejsc mieszkańców Gdańska - czy rzeczywiście ULUBIONE? - pyta Anonim. Na co gotową odpowiedź ma Monika: "A dlaczego nie???? Jest to miejsce wielu wspomnień. Dla mnie na przykład też. Mama kupiła mi tam pierwszą lalkę Barbie... Do dziś to pamiętam i jak przechodzę koło dolarowca to mi się przyjemnie robi...





Trzymam kciuki za wszystkich, którzy przechowują w sobie ciepłe wspomnienia "z epoki", na przekór wszystkim i wszystkiemu. Zapewne otwarte na dzień dzisiejszy bistro (zdjęcie z lipca), też kiedyś będzie ciepło wspominane przez jego bywalców, tak jak pobliski - choć znacznie wyżej ulokowany - "komunistyczny" Olimp.


*  *  *  *  *  *  *


No to kim ja jestem? Obrońcą PRL-u? Nic z tych rzeczy. Jestem obrońcą urodzonych pod złą datą, i ich niezbywalnych praw do wspomnień...
Jedna z niewielu piosenek, w której słucham tekstu. Oj, człowiek się starzeje...


Lou Reed - Who Am I


piątek, 09 września 2011


Dziś znowu zajrzymy do gazet sprzed 20 lat.
Wiosną 1991 roku trwały przygotowania do otwarcia pierwszego w Polsce firmowego sklepu Levi Straussa. Według relacji "Dziennika Bałtyckiego" z dn. 24 kwietnia 1991 "Wielometrowa kolejka uformowała się na godzinę przed oficjalnym otwarciem sklepu. Czekających nie zraziła nawet fatalna pogoda. Magiczny szyld i reklama firmy przyciągnęła zarówno młodą, jak i dojrzałą wiekiem klientelę".

Kilka dni później (szóstego maja) w kąciku opisującym zmiany zachodzące na głównej gdyńskiej ulicy - "Świętojańska street" - znalazł się opis powstającego już całego "jeansowego zagłębia".
"Niegłupio robi sklepikarz, który otwiera sklep z odzieżą jeansową niedaleko skrzyżowania z ulicą Kilińskiego. Będzie sąsiadował przez ścianę ze sklepem firmowym "Levisa". W ten sposób powstanie tam małe centrum z "kowbojskimi" ubraniami. Do tego oferować będzie tani jeans z Italii, czym z pewnością odciągnie kupujących drogiemu "Levisowi". Czyli klientela zapewniona. Do niedawna w miejscu tym rezydowała księgarnia firmy DPJ (inwestuje obecnie na dworcach). Ale gdzie książkom konkurować z portkami? Wiadomo, bez spodni nikt nie chce chodzić, a bez książek wielu. Dla równowagi (jak twierdzą dobrze zorientowani) naprzeciw zostanie otwarta księgarnia "Biały Kruk".



Dziś, po dwudziestu latach, nie ma śladu po "jeansowym zagłębiu". Jak zwykle, trudno znaleźć informacje o likwidacji, zarówno "oryginalnego" sklepu, jak i "podróbki", ale wygląda na to, że minęło już od tamtej chwili ładnych parę lat. Jak zmiany dalej pójdą w obecnym kierunku, to trzeba będzie zmienić nazwę ulicy na Bankową.



Na przekór temu, co napisano "wieki temu", jakoś książki lepiej dają sobie radę z portkami i przetrwały (choć już pod innym szyldem).


Coś mnie podkusiło, aby choć słówkiem wspomnieć o naszych rodzimych wyrobach dżinsowych, rodem ze szczecińskich zakładów ZPO Odra, które miały być namiastką dzikiego zachodu. No i znowu okazało się, jak bardzo nie jestem na bieżąco. Już pierwsze poszukiwania informacji w sieci sprawiły, że w oczy rzuciły mi się dwa tytuły: "Czar dżinsów z PRL-u"
(art.) i "Zniknęła kolebka polskich dżinsów" (art.). Nie byłoby nic w tym dziwnego (wiele tego typu artykułów się ukazuje), gdyby nie to, że obydwa powstały w połowie 2008 roku. Nie był to przypadkowy zbieg okoliczności. W lipcu wspomnianego roku zakończono rozbiórkę pięciokondygnacyjnego budynku zakładu odzieżowego Odra, na którego miejscu miała powstać - jakżeby inaczej - galeria handlowa (być może dziś już jest gotowa?).


W 1962 roku podjęto decyzję o budowie zakładu na gruzach przedwojennej fabryki, a 24 lipca 1964 odbyło się uroczyste otwarcie ZPO Odra. Jak można przeczytać we wspomnianych artykułach: "Odra krótko należała do Dany. Szybko się usamodzielniła. Zaczynała od szycia odzieży roboczej, by przejść na garnitury z wysokogatunkowej wełny. Potem weszła arizona - nowy materiał, który zmienił oblicze zakładu".



Zdj. z art. "Czar dżinsów z PRL-u".
Kolekcja Odry z 1975 (okulary jakby dzisiejsze...).


Historia zakładu jest takim klasycznym przykładem ciągu zdarzeń, który stał się udziałem wielu zakładów pracy z czasów minionych. Od powstania, poprzez dynamiczny rozwój, do - klasycznego - upadku.  Odra w latach 70. przeżywała swoje złote lata (jak większość polskich zakładów w tamtych latach), przeznaczając znaczną część produkcji na eksport - nie tylko do ZSRR. W najlepszych czasach pracowało tu prawie tysiąc osób, a pracujące na akord kobiety czasem zarabiały więcej niż stoczniowcy. Zakład miał własne przedszkole, przychodnię i ośrodek wczasowy.

Jednak wszystko co dobre szybko się kończy. W latach 90. zamówienia spadały, maszyny się psuły i - co może najważniejsze - nikt nie miał pomysłu co dalej. W 1991 zmieniło się kierownictwo, "zakładem zaczęły kierować dwie panie, które nie miały o tym zielonego pojęcia. [...] Potem Odra nie miała szczęścia do prawdziwych menedżerów. A i rynek się zmienił. Zalała go najpierw tania odzież turecka a potem chińska".


Tak to w skrócie wygląda. Gdy czytam tego typu opisy upadku zakładów rodem z PRL-u, zawsze miewam wątpliwości, czy czasami, przechodząc rewolucję gospodarczą, nie wylaliśmy dziecka z kąpielą? Chyba kluczowymi słowami są te, których użyto w odniesieniu do Odry: "nikt nie miał pomysłu co dalej". Tak mi się przynajmniej wydaje. Jak zwykle, ciekawi mnie też, jak będziemy patrzeć na to wszystko, żyjąc już w kraju galeriami handlowymi płynącym a niewiele produkującym, gdy już nie będziemy wszystkiego tłumaczyć słodkim słowem wolność?


Dziś Odra nie szyje już ubrań z nazwą zakładu. Jest podwykonawcą. Zatrudnia 120 osób i ma siedzibę przy ulicy Gdańskiej - w Szczecinie rzecz jasna. Przypadkowo znalazłem w internecie ofertę pracy Odry - tylko dla osób o orzeczonej niepełnosprawności.


*  *  *  *  *  *  *

Dodatkiem wracam do początkowego wątku wpisu.

Stiltskin - Inside

Dlaczego taki? Dźwięki z utworu zaistniały w pewnej reklamie...

tutaj ona


wtorek, 23 sierpnia 2011





Po raz kolejny pokręcimy się wokół kina Warszawa. Wiem, wiem - może to już być nudne, bo kino to już zaistniało kilka razy (ostatnio tutaj), ale doszły nowe elementy i... ktoś mi się naraził.
Dzięki filmowi z 1988 roku, z którego pochodzi powyższy kadr, pokręcimy się w sensie dosłownym. Do powrotu w te strony sprowokowała mnie pewna "emalia", którą kiedyś otrzymałem i... zostałem wybuuuuuczany za niedostateczne informacje. Tak tak - prowadząc bloga człowiek nie tylko zbiera pochwały i ordery, ale wystawia się (może nawet przede wszystkim) też na krytykę. Dzisiaj dam temu dzielnie odpór, ale najpierw proponuję się pokręcić.

Na linkowanym tutaj filmie kamerzysta kręci się wkoło, zataczając pełen okrąg, dzięki czemu możemy zobaczyć, jak w przeciągu ostatnich lat zmienił się ten fragment ulicy Świętojańskiej. Na marginesie dodam, że "zakręcony kamerzysta" znajduje się mniej więcej w miejscu, gdzie chyba jeszcze na początku lat 70. znajdował się pawilon (sklep?) o owalnym kształcie. Widziałem to na dwóch tylko zdjęciach (w realnym świecie) jako odległe tło.
Trochę się pozmieniało. Zamiast Orbisu mamy Pizza Hut (jeszcze wcześniej: sklep obuwniczy - patrz zdj.), baru z frytkami i kurczakami przyklejonego do kamienicy nie ma, a na miejscu sklepu spożywczego mamy... kolejny bank - jakżeby inaczej. I później ludzie się dziwią, że takie drogie opłaty w bankach. Gdzie się nie obrócisz - bank. Był spożywczy - jest bank, był Pewex - jest bank, był warzywniak - jest bank... itd., itd... Ktoś to musi wszystko przecież utrzymać. Siedziby są jak najbardziej niewirtualne, które generują całkiem realne koszty.




Skoro już jesteśmy koło banku, to korzystając z okazji przypomnę, jakie były kursy walut 20 lat temu. Poznajmy siłę naszych pieniędzy, a raczej - jak się ona zmieniła (w roku 1991 średnia miesięczna pensja wynosiła 1.770.000 starych złotych).Poniżej notowania kantorowe z końca kwietnia 1991 roku (kupno/sprzedaż).
dolar - 9370/9420
marka niem. - 5470/5520
funt bryt. - 15.700/16200


Na koniec wracam do wspomnianego na początku "buczenia", jako gniewnego głosu ludu niezadowolonego z zawartości wpisu. W tym wpisie podałem jakie kina istniały w naszym rejonie we wrześniu 1992. Okazuje się, że to było niektórym za mało. Więc dzisiaj coś na otarcie łez - repertuar gdyńskich kin z dwóch dni: 29. kwietnia i 10. maja 1991 roku, plus jedna gdańska ciekawostka. No to lecimy, choć lot ten będzie krótki, bo już wtedy kin było jak na lekarstwo.

29.04.1991
Warszawa - Pająki
Goplana - Akademia Policyjna, Dzika orchidea
Fala - Karate kid, Poślubiona mafii
Grom - 9 i pół tygodnia

10.05.1991
Warszawa - Pocztówki znad krawędzi, Chłopcy z ferajny
Goplana - Pantofelek i róża, Jak to się robi w Chicago
Fala - Pretty woman, Dzika orchidea
Marynarz - Szalona małolata, Gliniarz z Beverly Hills II

I wspomniana mała ciekawostka. W nieistniejącym już nie tylko z nazwy kinie Kosmos (teraz znajduje się tam stacja benzynowa) na gdańskiej Oruni pojawiły się "projekcje video" zamiast nazwy konkretnego filmu oraz... w piątek w godz. 19-22: dyskoteka?! Dyskoteka w kinie?! Chyba trzygodzinnego filmu o takim tytule nie było wtedy?


*  *  *  *  *  *  *

Trzeba będzie skończyć już z tymi kinami, bo dodatków muzycznych mi zabraknie. Ale na dzisiaj jeszcze się coś znajdzie. Utwór w wersji studyjnej, chociaż mnie najbardziej podoba się wersja koncertowa z albumu "Seconds Out".

Genesis - Cinema Show

piątek, 12 sierpnia 2011




Dzisiaj trochę "powtórki z rozrywki" z nowymi elementami, z którymi miałem ostatnio bliskie spotkania trzeciego stopnia.
Powyższe zdjęcie zaistniało niedawno przy okazji obserwacji zmian w Gdańsku Wrzeszczu, a konkretnie, budynku w którym znajduje się restauracja Crystal. Mało znaczący element zdjęcia znajdujący się w lewym dolnym jego rogu - ciężarówka lublin - stanął mi przed oczami jak żywy.



Sama skorupa, ale zawsze. FSC Lublin na IV Pikniku Militarnym, który odbywał się jakieś dwa tygodnie temu w Lisewie koło Gniewina.





Fot. Kamil Gozdan / Agencja Gazeta
Kot Filemon zastanawiał się tu nad otaczającym go światem, ilustrując to zdjęciem przemarszu kibiców Arki Gdynia w kierunku nieistniejącego już stadionu pod czujnym okiem policji. Postanowiłem sprawdzić, czy istnieją jeszcze jakieś ślady po punkcie docelowym marszu?



Kiedyś brama główna stadionu na którym obecnie hasają miłośnicy tenisa. Dziś wejście znajduje się na uboczu centrum sportowych wydarzeń, więc chyba tylko dlatego uchował się historyczny element (w trochę okrojonej wersji).




Tu z kolei prezentowałem żywe muzeum motoryzacji, w którym występowały wychuchane duże fiaty. Na ulicach Rumi spotkałem egzemplarz jak najbardziej użytkowy - nie bojący się deszczu.

I choć do dalszego ciągu wpisu najodpowiedniejszym zdjęciem byłoby takie przedstawiające poczciwego "malucha", to musi wystarczyć takie, poza tym nie bądźmy drobiazgowi (gdy jest mi to wygodne ;-)
Tak na marginesie. Jakiś miesiąc temu w audycji telewizyjnej "Kabaretowy Klub Dwójki" śpiewała swoją znaną niegdyś piosenkę "Wszystko czego dziś chcę" Izabela Trojanowska. W pewnym momencie jednak nie usłyszałem słów, które paść powinny (gdzieś tam w głowie jakoś utkwiły). Zamiast spodziewanych "...za osiem lat, adres w bloku i mały fiat" padło: "...adres w bloku, ze szrotu grat". Prawda czasu, prawda ekranu... No, ale do rzeczy.

Chciałbym chwilami powrócić pamięcią do czasów nie tak odległych, żeby o nich nie pamiętać,ale zarazem na tyle odległych, aby nie patrzeć na ten czas ze zdumieniem. Tak właśnie pomyślałem sobie, przeglądając kilka archiwalnych numerów "Dziennika Bałtyckiego", że czas przemian zaraz po zmianach ustrojowych w naszym kraju był na tyle ciekawy, że warto go sobie przypomnieć od czasu do czasu. Będziemy się cofać o - w przybliżeniu - 20 lat. Mniej więcej czas, po którym pojawia się na świecie kolejne pokolenie, z nowymi planami i nadziejami na przyszłość. Taki okres czasu gwarantuje również, że się na blogu nie zapętlimy - kto by miał ochotę na prowadzenie bloga przez 20 lat?!?

Pamiętamy taki dowcip o sposobie na podwojenie wartości "malucha"?.  Według wersji sprzed lat wystarczyło zatankować go do pełna. Coś w podobnym stylu znalazłem w wydaniu "Dziennika Bałtyckiego" z 29 kwietnia 1991 roku. Dowiedzieć się można z jego lektury, że na ostatniej giełdzie samochodowej w Pruszczu Gdańskim: "Najtańszym samochodem na placu była Syrena o bliżej nieustalonym roczniku, ale żwawo poruszająca się po trawie lotniska. Kosztowała 1 milion, a właściciel dodawał jeszcze dwie nowe opony, warte prawie tyle samo.".
No proszę, raz wystarczyło jedno tankowanie do podwojenia wartości samochodu, a drugim razem - dwie nowe opony. Takie czasy przeżywa się tylko raz... Dla tych, którzy z niedowierzaniem podchodzą teraz do podanej ceny poczciwej "skarpety", dodam, że gazeta codzienna, z której pochodzi cytat, kosztowała wtedy... 500 złotych polskich.
W wydaniu z następnego dnia, syrena również znajduje poczesne miejsce na łamach gazety - jako "Kapsuła czasu 1991-2016". Pod zdjęciem "kapsuły czasu" czytamy: "Pomalowana na biało-czerwono stara "Syrenka" wzbudza niemałe zainteresowanie przechodniów. Tak studenci Wydziału Rzeźby gdańskiej PWSSP reklamują swą nietypową akcję na pograniczu sztuki i życia. Uznali oni, że "Syrena" stanowić będzie "zasobnik zawierający cząstkę polskiej historii". Samochód ten będzie podróżował po Polsce zbierając listy, taśmy, informacje i przedmioty o ludzkich nadziejach i aspiracjach dotyczących przyszłości Polski. Po powrocie z podróży po kraju samochód wraz z zebranymi informacjami stanie w Gdańsku. 30 maja 1991 roku pokryty zostanie ochronną kopułą. Tak powstanie swoista rzeźba-pomnik, zwana przez studentów "Kapsułą czasu". Otwarcie kapsuły nastąpi 30 maja 2016 roku.".

Nie mam pojęcia, czy cała akcja trwa, to znaczy: czy kapsuła istnieje i czeka gdzieś na swoje pięć minut? Pozostało pięć lat, aby się o tym przekonać, bo z pewnością takie wydarzenie odbiłoby się szerokim echem w mediach. A może ktoś z czytników bloga wie coś o sprawie? Czy akcja zakończyła się sukcesem, czy też została zaniechana?
Cóż, 20 lat minęło jak jeden dzień... Swoją drogą, okazało się, że nie tylko oszczędności można trzymać w skarpecie...



*  *  *  *  *  *  *



Dzisiejszy dodatek muzyczny też wpisuje się w "bliskie spotkania".
Wczoraj właśnie miałem okazję posłuchać na żywo w gdyńskim klubie (Blues Club), którego specjalnością są koncerty muzyki bluesowej.

Wczoraj wystąpił Paul Lamb z zespołem, który jest dość znaną postacią w muzycznym światku. Współpracował z Markiem Knopflerem, The Who, Rodem Stewartem, a ostatnio został wprowadzony "na salony": British Blues Awards Hall Of Fame.

Paul Lamb & The King Snakes - Crazy