| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
Czasem zajrzę
Inne miasta
Odpad poprodukcyjny
Ściągawki
Wieki temu
Wpisy udźwiękowili...
Wapniak na świat spogląda

Żerując na PRLu

sobota, 14 kwietnia 2012


Tytuł znowu jakiś pokrętny mi wyszedł, ale... to nie z mojej winy! Ciągle życie mnie zaskakuje. Zaskakuje dziwnymi nazwami na znane mi przecież od lat zjawiska. Taka "pogoń za rentą" to nic innego jak... Ale po kolei.

Najpierw chciałem wspomnieć o znikających "wannach" i naszych postępach przy budowie autostrad przy okazji wiadomości: "Ciemne chmury zbierają się nad budową Południowej Obwodnicy Gdańska. Konsorcjum firm Bilifinger Berger i Wakoz z Luzina, budujące drogę z Koszwał do Obwodnicy Trójmiasta, rozpada się z powodu finansowych kłopotów firmy spod Wejherowa.". Ale przeszło mi, bo cóż to znowu za nowina, że kolejna inwestycja kuleje. Czas był przywyknąć. Choć z drugiej strony zastanowił mnie fakt, że tak prężnie rozwijająca się firma - niebiesko było na drogach od wywrotek Wakozu - ma poważne kłopoty. No ale człowiek patrzy na to z boku, nie znając szczegółów, co w firmowej trawie piszczy.

Jednak tydzień później przeczytałem o ruchach na naszym morzu: "Gigant z węglem w gdyńskim porcie". Chodziło o statek Linda Fortune, który "przywiezie prawie 75 tys. ton australijskiego węgla.". Zaraz, zaraz... Fortuna tocząca się kołem, import węgla z dalekich krain do kraju mlekiem i węglem płynącym, znikające wanny...

Któż z ludzi z branży, z "kierowniczych stanowisk", pamięta jeszcze firmę Halex z Elbląga? Któż pamięta te krążące opowieści o niebotycznych - tak jak w przypadku firmy Leksztonia - zarobkach, które były udziałem szczęśliwców tam pracujących (chwilowych, jak pokazuje historia)? Dla przypomnienia, nie wchodząc w szczegóły
(art.): "W latach 80. Niemyjski pracował na przodku w kopalni, doszedł do stanowiska nadsztygara. Po 1989 r. zajął się handlem. Jako pierwszy woził do Polski syberyjski węgiel. W połowie lat 90. kontrolował prawie cały import węgla do Polski. Zbankrutował, gdy Ministerstwo Gospodarki w 1999 r. wprowadziło ograniczenia importu węgla.". Jeszcze w 2003 roku Halex jeszcze walczył, ale czy coś wywalczył, czy też jego walka nadal trwa? Tego jakoś nie znalazłem.

Na chwilę odetchnijmy od ciężkiego tematu. Słowem: zrzućmy ten ciężar...


Dla mnie taki zestaw, widoczny na powyższym zdjęciu, to "wanna". Nie spotkałem się z nazwą "łódka", jak to zostało określone przy okazji wiadomości o wysypaniu ładunku na ulicę w Sopocie przez kierowcę, aby uniknąć(?) kary za "nadbagaż". Swoją drogą ludzie to mają ułańską fantazję, albo... wykazują się chłodną kalkulacją, bo wg. tekstu: "Nie jest jednak wcale pewne, czy zapłaci te 60 tys. za przeładowanie ciężarówki. - Jeśli kierowca zrzucił ładunek, to świetnie wiedział, co robi - wyjaśnia jeden z pracowników Państwowej Inspekcji Ruchu Drogowego w Gdańsku. - Teraz przed sądem nie da się udowodnić, jaki nacisk był na której osi, a to kluczowa sprawa, jeśli chodzi o wyliczenie wysokości kary. Cwana sztuczka. Idę o zakład, że facet się wymiga. Drakońskie kary za przekroczenie obciążenia poszczególnych osi i tak za trzy miesiące mają należeć do przeszłości. Lobby przewoźników doprowadziło do zmiany przepisów."
Samo życie i... pogoń za rentą.



Niebiesko zrobiło się na jednym z komisów samochodowych przy głównej drodze w Gościcinie koło Wejherowa. Czyżby była to kuracja odchudzająca Wakozu (zmyte znaki wskazują na tego poprzedniego właściciela), która ma zapobiec całkowitemu zniknięciu firmy z pomorskiego krajobrazu? Na to wygląda.


No i tu dobiegamy końca pogoni za rentą, wracając do spraw elbląskiej firmy. Właśnie przegrzebując internet w poszukiwaniu wiadomości o Haleksie, natknąłem się na ten dziwny termin, który bynajmniej nie oznacza pogoni szarego człowieka za pewnego rodzaju odpoczynkiem. Na stronach Wikipedii, Halex posłużył za jeden z przykładów pogoni za rentą: "[...] Warto podać tu jako przykład elbląską firmę Halex. W 1998 r. firma ta była największym importerem węgla z Rosji i zatrudniała około 500 pracowników. By bronić polskie górnictwo, w styczniu 1999 r. ówczesny minister gospodarki Janusz Steinhoff wprowadził kontyngent ograniczający import węgla energetycznego ze Wschodu. Jednocześnie urzędy celne zatrzymały tysiące wagonów Halexu na przejściach granicznych. Sprawa o odszkodowanie za ograniczenie wolności działalności gospodarczej toczy się bezskutecznie przed polskimi sądami od wielu lat."

Elblaska firma "goniła" na wszystkich frontach (art.): "Halex, narażony na utratę dochodowych kontraktów i konieczność płacenia kar za niewywiązanie się z umów, znalazł pomoc w świecie polityki. Politycy interweniowali (przez telefon) zarówno w olsztyńskim urzędzie, jak i w Głównym Urzędzie Ceł. Zadzwoniła tam między innymi osoba przedstawiająca się jako Witold Gintowt-Dziewałtowski, elbląski poseł SLD. Osobiście poseł ten składał w Sejmie zapytanie w sprawie kłopotów podatkowych żony szefa Halexu, współwłaścicielki firmy. W obronie spółki stanęły też "Trybuna" oraz "Nie". Urząd Ochrony Państwa sprawdzał z kolei doniesienie dotyczące tego, że jeden z parlamentarzystów miał pobierać od Halexu pieniądze "za konsultacje".

Tak to się sprawy toczą, gdy wymyśla się różne eufemizmy, mające zaciemnić obraz rzeczywisty. Szczególnie celuje w tym świat polityki i biznesu. Nie przypadkowo. Przecież oba te światy są ściśle ze sobą powiązane. No tak, ale jakby to brzmiało: łapówkarstwo w wyższych sferach? Eee. Niemożliwe. Tak było tylko za komuny. Teraz to tylko niewinna pogoń za rentą...

Hmmm. Jak ja lubię takie nazewnictwo... A ty szary człowieku rób i najlepiej o nic się nie upominaj. Ani o rentę, ani o wcześniejszą emeryturę. Nie dla psa kiełbasa.




*  *  *  *  *  *  *

Nie od dziś wiadomo, że "prawie" robi różnicę, więc utwór prawie o czymś sprzedanym...

Supreme Love Gods - Souled Out








czwartek, 08 marca 2012


No i co, znowu ten niechciany dzień nam nastał?
To święto ciągle tkwi w głowach wielu, jako relikt PRL-u, ale być może jest to tylko wymówka, aby zaoszczędzić kilka zeta na kwiatku? Argument: to komunistyczne święto, jest z gatunku tych mocnych, trudnych do obalenia. Szkoda tylko, że zarazem argument mocno nietrafiony, bo Dzień Kobiet ustanowiono w 1910 roku, a pierwszy raz obchodzono to święto w 1911 roku w Austrii, Danii, Niemczech i Szwajcarii.

Z zeszłorocznego artykułu: "Co pan sądzi o Dniu Kobiet? Fajnie zrobić coś miłego", wynotowałem kilka fragmentów, z których powiewa optymizmem na przyszłość (choć stare kładzie się cieniem). I marzy mi się taki dzień, gdy taki dzień po prostu będzie. Bez jakiś docinek o korzeniach z niechcianej epoki.
"Są tacy, którzy nie lubią tego święta. To dlatego, że zostało wprowadzone w czasach PRL-u, a my nie mamy życzliwości do tej epoki. Mimo to myślę, że to miły zwyczaj."
"Większości świąt komunistycznych nie obchodzę, ale to - owszem. Bo to miłe święto. A że z tamtych czasów? Cóż, każda epoka ma swoją kulturę i my właśnie w takich czasach wyrośliśmy."
"Co do samego święta, to wkurza mnie przekonywanie, że to komunistyczny wymysł. Bo to w gruncie rzeczy fajny dzień."
"Co do zarzutów, że to wytwór komunistyczny - to myślę, że każde święto ma swoją genezę. I z biegiem lat następuje oderwanie od tych korzeni i święto zaczyna żyć własnym życiem, wrasta w naszą obyczajowość.".


8 marca nie jest w niczym mniej nam urągający, niż dla przykładu 14 lutego. Przecież walentynek sami sobie nie wymyśliliśmy - ktoś się postarał, abyśmy w czasie zastoju w handlu, potrząsnęli ochoczo sakiewką, więc dlaczego nie zrobić tego dzisiaj? Że co? Że to nie z tej strony świata przyszedł "rozkaz"? Ciekawe, jakbyśmy reagowali, gdyby zostały walentynki wprowadzone u nas z nadania ZSRR, dajmy na to: na cześć pierwszej kobiety w kosmosie - Walentyny Tiereszkowej. Oj, nie podobałoby się to nam wtedy.



Goździk też potrafi cieszyć, bo szarość jest tylko w nas. I nie przeszkadza, że "on" komunistyczny (zdj. z 1984), a ściana obdrapana. Jak kogoś nic nie cieszy, to i cały kosz najpiękniejszych róż nic nie da...
Zdj. dzięki uprzejmości autora tej strony (obserwatora z Chojnic).


Dożyjemy takiej chwili, aby Dzień Kobiet po prostu był. Bez jakiś PRL-owskich docinek. Da się??? W końcu czas był przywyknąć przez te lata. A w ogóle, to z Dniem Kobiet to tak trochę jak z warszawskim PKiN - wielu ludziom przeszkadza, a mimo to trwa dalej. Więc nie marudzić, panie i panowie; panie: że chcą pamięci na co dzień, nie od święta; panowie: że kwiaciarnie były zamknięte, bo przyjęcie towaru... A tak poza tym, nie oszukujmy się, bo jak to trafnie ujął jeden z komentujących wspomniany artykuł: "część kobiet uważa że to głupie święto i takie komunistyczne... ale jeśli nie da się kwiatka to foch na minimum dwa tygodnie ;)".



*******

W prezencie dla pań, coś lekkiego, jak te kwiaty na wietrze...

Almunia - Kissing Time









poniedziałek, 06 lutego 2012


Podobno wraz z postępem życie ma być coraz prostsze...
Podobno tylko w PRL-u były absurdy...




Ach jak ja lubię takie njusy, które mi potwierdzają moje twierdzenie, że tak naprawdę nie zmienia się nic (z filozoficznego punktu widzenia). No bo jak potraktować, tak wyśmiewany PRL-owski zakaz fotografowania dworców kolejowych i chociażby ostatnio zafundowany de facto zakaz fotografowania Stadionu Narodowego w Warszawie w dniu jego otwarcia, jak nie trwanie starego w najlepsze?
Całym "nieszczęściem" otwarcia nowego stadionu, było to, że przy okazji inauguracji odbywał się koncert, więc:
"można było "wnieść amatorskie aparaty cyfrowe o matrycy do 5 Mpix" - jak czytamy w informacji. A co z analogowymi aparatami (nie wpuszczono posiadacza takiego typu aparatu - Nikona FM2)? Pewnikiem można by zastosować inne punkty regulaminu: "niedozwolone jest wnoszenie sprzętu foto mogącego mieć profesjonalne zastosowanie, np. lustrzanek małoobrazkowych, lustrzanek cyfrowych, aparatów średnio- i wielkoformatowych, aparatów z wymienną optyką". No i jak tu się człowieku nie obrócisz, to pośladki z tyłu. Wszystko w paragrafach się zgadza, tyle tylko, że ci wszyscy ludzie przyszli przede wszystkim zobaczyć nowy stadion i strzelić sobie pamiątkową fotkę z cyklu: Tony Halik - tu byłem. A wszyscy węszą tylko podstępną walkę o nielegalne interesy z internetem w tle.
Ubaw mam, gdy czytam przykładowe dywagacje o legalności zamieszczania zdjęć z Muzeum Lubelskiego, powstające "dzięki" strachowi, jaki wzbudza sieć:
Taki zakaz jest (publikowania w sieci: przyp. moje) na stronie Muzeum Lubelskiego. Rozumiem, że nie wolno robić zdjęć z lampą błyskową, ale dlaczego nie wolno publikować? - pyta jeden z internautów. Dyrekcja tłumaczy i jednocześnie uspokaja: Nie chcemy, tylko, żeby bez naszej zgody ktoś wydrukował 200 tys. pocztówek - tłumaczy dyrekcja i zastrzega, że niekomercyjnie fotografie na Facebooku mogą zostać.

A życie z internetem miało być takie bezproblemowe. A tu raz po raz okazuje się, że łatwo w tej sieci się zaplątać. Bo jak zrobię z założenia niekomercyjną fotografię (robienie zdjęć to moje hobby) profesjonalnym, wypasionym aparatem (bo mnie przykładowo na takowy stać) i zamieszczę ją w sieci, a ktoś ściągając je sobie z mojej strony, potem wydrukuje z niego te tysiące pocztówek, to co??? Kogo będzie ACTA ganiało??? Najwyraźniej prawo nie nadąża za rozwojem wypadków...


*  *  *  *  *  *  *

40 lat temu, gdy wydawano płytę "Machine Head", zdjęcia trzymało się w domu i nie było takich problemów, jakie mamy teraz. Coś się zaplątaliśmy w tej sieci...

Deep Purple - Pictures of Home







piątek, 30 grudnia 2011




Byłem. Sprawdziłem. Z daleka wygląda ta świetlna fontanna całkiem atrakcyjnie. Jednak im bliżej tym gorzej. Ale pewnie po prostu tak ma być i na pewne rzeczy trzeba spojrzeć z dystansu, aby nacieszyć oczy błyskotkami.

A jak tam z błyskotkami na choince? Tak dotarło do mnie ostatnio, gdy czytałem wiadomości o polskich bombkach choinkowych, które mają powodzenie zagranicą, a u nas sprzedają się kiepsko, że to właśnie za PRL było na bogato w tym temacie. Teraz najlepiej sprzedają się plastikowe wyroby bombkopodobne made in China. Kupujący nierzadko tłumaczą, że one są lepsze, bo się nie tłuką, ale prawda jest taka, że gust dyktuje cena. Te prawdziwe, tłukące, są o wiele droższe niż plastikowe podróbki. Taki mały szyderczy śmiech historii - to co dawno temu było normalnością, teraz stało się luksusem.

Jeszcze przy okazji małe osobiste - "bombkowe" - wtrącenie.
W czasach, gdy nie było GPS-u (tylko sklepy GS-u), teren zabudowany trzeba było wyznaczać miarką w oczach (3 budynki w odległości mniejszej niż 15 metrów od drogi), a osobówką można było śmigać poza tym terenem - niczym na niemieckiej autostradzie - bez ograniczeń prędkości, przyszło mi wykonać pewien kurs, który jakoś zagnieździł mi się na stałe w pamięci. Chyba przez swoją niecodzienność. To była taka pętla po Polsce: pięć wytwórni bombek. Zamawiający polskie wyroby z Kanady, przysłał (via gdyński port) opakowania, w które miały być spakowane bombki. Trzy fabryki, które wtedy odwiedziłem, pamiętam do dziś: Gniezno, Rakoniewice i Chorzów. Sprawdzam, czy istnieją nadal. Gniezno trwa. Rakoniewice: "Niedawno w stan likwidacji postawiona została fabryka w Rakoniewicach, działająca od 1992 roku. Od którego roku???? Chyba po jakiejś reaktywacji! Chorzowa nie sprawdzałem, bo... w którym z nich miałbym szukać? Podczas tamtego kursu dowiedziałem się, że to nie takie proste. -Gdzie tu w Chorzowie jest fabryka bombek? - pytam przypadkowego przechodnia, w myśl zasady sprzed ery GPS: koniec języka za przewodnika. -Ale w którym, bo tu jest pięć Chorzowów. - padła odpowiedź, która zburzyła całkowicie moje ówczesne postrzeganie podziału administracyjnego "śląskiego kociołka". Nie dość, że miasta przenikają się, tworząc labirynt nie do przejścia dla obcego, to jeszcze miasta się rozmnażają! Trochę mnie wtedy zatkało, gdy usłyszałem niespodziewaną odpowiedź.
Ale koniec końców dałem radę...



*  *  *  *  *  *  *

Trochę smutnawa piosenka. Taka garażowa, ale kiedyś podobała mi się i przez sentyment do niej, morską nazwę zespołu oraz "błyszczący" tytuł utworu...

Seachange - Glitterball









środa, 28 grudnia 2011


Już myślałem, że odejście w zaświaty Michała Sumińskiego - gospodarza popularnego w latach 70. i 80. programu "Zwierzyniec" - będzie odejściem człowieka nie budzącego kontrowersji. O naiwności ludzka!



Fragment programu wspomnieniowego (jest tego w sieci więcej).

Dla mnie nie ma dwóch zdań: to był jeden z najbardziej popularnych programów dla dzieci i młodzieży z tamtych lat. Dziś okazuje się, że na plan pierwszy - wg. internautów - wychodzi hipokryzja pana Sumińskiego, bo tak ładnie opowiadał o zwierzętach, ale "później padał strzał" (zaraz wyjaśnię o co kaman), a w ogóle to tak naprawdę wszyscy czekali tylko na kreskówkę po "ględzeniu dziadka", który w dodatku był członkiem PZPR... No ręce i nogi opadają!
Czy myśliwy może - mimo wszystko - mieć nie tylko krwiożercze podejście do świata zwierząt? Przykład Michała Sumińskiego najdobitniej świadczy, że może tak być. Czy można było mieć coś ciekawego do powiedzenia i jednocześnie apolitycznego, będąc członkiem PZPR? Przykład j.w. pokazuje, że... Ale co ja tam będę bronił programu, który sam się bronił. Nieprzekonanych i tak się nie przekona.

W materiałach internetowych wszędzie można natknąć się na nawiązanie do wywiadu Moniki Piątkowskiej z panem Sumińskim z 2000 roku pt. "Potem padał strzał". A właściwie są to powielane 2-3 zdania (wszystko współczesną metodą "kopiuj-wklej"). Chciałem się dowiedzieć czegoś więcej, więc odnalazłem artykuł (już utajony) i wysupłałem na SMS-a za 5-minutowy dostęp do niego. Jak sam przyznaje bohater dzisiejszego wpisu, "nie przyznawał się do myślistwa". W zasadzie całość krótkiej rozmowy krąży wokół związków Sumińskiego z myślistwem (plus słówko o początkach programu - jak to często bywa: przypadkowych). To w sumie dziwne z tym ukrywaniem "strzelby na ramieniu", bo mnie jakoś te wszystkie opowieści o zwierzętach wydawały się naturalnie związane z myślistwem. Za młodu zawsze wydawało mi się, że po lesie wałęsa się i podchodzi do zwierząt tylko myśliwy (no i grzybiarz zagląda pod drzewa). Co by nie mówić, to ciekawie opowiadał on świecie zwierząt. "Skoro program niby był taki dobry, to dlaczego nie ma powtórek" - pyta jeden z internautów. Był dobry na swój czas. Nie miał też konkurencji - w dzisiejszych czasach rozmyłby się na tle programów ze stu kanałów. Ale cieszyć się trzeba, że mimo wszystko, jest do czego wracać we wspomnieniach, nawet jeśli dochodzi do tego przy smutnych okolicznościach.


-
Program zawierał lokowanie produktu?

Wiem, że będę posądzony o to, że przemawia przeze mnie wapniactwo, ale takie luzackie w założeniu zachowanie, jakie mogłem zaobserwować w jednym z programów skierowanych do młodzieży, jest moim zdaniem - delikatnie mówiąc - nieeleganckie. Nie zdążyłem ze zdjęciem w odpowiednim momencie, bo panienka przez dłuższy czas trzymała obydwie nogi pod nosem gościa programu, a ja ustrzeliłem jedną. No, elegancja-Francja, ale tylko jeśli chodzi o sam but (chyba, bo się na modzie nie znam). Cóż, jakie czasy, takie programy. Papka, z której trudno wyłuskać rodzynek. Taki do zapamiętania na przyszłość.


*  *  *  *  *  *  *

Tak sobie skaczemy do oczu, gorzej jak zwierzęta, błądząc, jak te dzieci we mgle, w swoich osądach...

The Animals - Please Dont't Let Me Be Misundestood








czwartek, 13 października 2011


Ostatnio pozostawiony komentarz ojca rodziny, który bezsilnie próbuje wytłumaczyć swojej latorośli zawiłości życia w czasach, gdy na sklepowych półkach (z powodu "chwilowych, przejściowych") królował ocet, jest jakby sponsorem dzisiejszego wpisu.




Powyższe zdjęcie o jedynej w swoim rodzaju jakości, które już na blogu zaistniało, z pozoru nie ma nic wspólnego ze sklepowymi półkami. Mieszkańcy tych okolic z pewnością jednak z łatwością rozpoznają teren, na którym dzisiaj znajduje się budynek Domu Towarowego Chylonia. A to już ma wiele wspólnego z handlem. Poniższe zdjęcie jest z albumu państwa Szypowskich i przedstawia to samo miejsce co powyższe, ale z przeciwległej strony, no i z wyższego pułapu rzecz jasna. Obydwa zdjęcia przedstawiają widok z lat 70. Choć poniższe jest trochę wcześniejsze niż moje.



"Czy będzie więcej cytrusów", "Cytrusy płyną do kraju", "Przypłynęły cytryny i banany" - często można było spotkać tego typu tytuły w prasie w latach słusznie minionych. Szczególnie w czasie przedświątecznym. Trzeba oddać sprawiedliwość przeszłości, że nie zawsze było tak, że królem sklepowych półek był sam ocet. Ciężko jednak oddać ducha tego czasu, poprzestając tylko na occie, czyli jednej stronie medalu. To taki symbol czasów, w którym przecież ludzie nie pili tylko wody z kranu (ocet jako główny napój raczej odpadał), przegryzając musztardą. Mniejsza jednak o drugą stronę medalu. Spójrzmy jak tamte realia trudno zrozumieć. Teraz i kiedyś.
Facet Morski jest właśnie tą osobą, wspomnianą na początku wpisu, która próbowała opisać dzisiejszym młodym pokoleniom czas miniony pod względem handlowym. Jaką dostał odpowiedź, czy też radę? -To trzeba było iść do innego sklepu. Prawda jakie proste? Oczywiście z dzisiejszego punktu widzenia.
To mi przypomniało podobną historię, którą zarejestrowałem na kasecie. Jest teraz okazja ją przytoczyć. W jednej z październikowych audycji Minimax z 2002 roku Piotr Kaczkowski taką oto historię opowiedział o cytrynach, sprowokowaną mailem od słuchacza: "...Jeszcze mi państwo napisali, że chowają się pod gruby koc, z herbatą z cytryną, od - uwaga! - średnio przystojnej sprzedawczyni, która dzisiaj wieczorem oznajmiła, że to ostatnie jakie ona ma w sklepie. Chyba idzie jesień... Kiedyś jeden z prezenterów popularnego Radia Luksemburg, gdy kiedyś chciał przyjechać do Polski... Było to bardzo dawno temu. Ja mu mówiłem: wiesz, Polska to nie jest taki kraj, do jakiego ty jesteś przyzwyczajony (on mieszkał w Londynie. Z Londynu były te audycje przesyłane do Luksemburga, stamtąd nadawane). Jak chce się pójść do sklepu, to nie ma tak w moim sklepie, żebyś poszedł i kupił cytrynę, albo banany. A on tak zupełnie rozbrajająco mówi: no dobrze, to dlaczego nie idziesz do drugiego sklepu naprzeciwko? Ja mówię: no tak, rzeczywiście...".

Obydwie historie podobne, choć z różnych okresów i z innej strony "kurtyny" pochodzą. Cóż, widocznie pewnych rzeczy nie da się tak ot po prostu opisać w jednym zdaniu... No ale najważniejsze, że daliśmy radę - jak to było w słynnym kabarecie "Z tyłu sklepu" - "Choćby na skrobi! Choćby na skrobi!".


P.S. Wszedłem w posiadanie małej kolekcji etykiet zapałczanych - głownie z lat 60. - które pojawiać się będą czasami w kąciku rozświetlającym mroki lat minionych (cóż tak dobrze nie rozświetla ciemności jak zapałka?). Dosłownie w kąciku. Ten tendencyjny przegląd najmniejszej powierzchni reklamowej świata udowodni młodszym czytelnikom, że dziś już prawdziwych zapałek nie ma - bywają co najwyżej produkty zapałkopodobne. Jak się uda, obrazki będą w jakimś związku z wpisem, a jak nie... to pomyślę sobie któregoś dnia, głowiąc się nad dopasowaniem jednego do drugiego: i po co mi był ten kolejny kłopot?


*  *  *  *  *  *  *


Grupa przygrywająca do wpisu, swoją nazwą pasuje tu jak ulał. Trójmiejski (kiedyś wydawało mi się, że może tylko gdański?) Cytrus, który na krótko zaistniał na polskiej scenie muzycznej na przełomie lat 70/80. Choć zespół miał w swoim repertuarze utwory z wokalem, to mnie jednak najbardziej podobają się do dziś ich utwory instrumentalne.
Przy wyborze utworu o mały włos nie byłoby wtopy, bo początkowo tytuł "Mayones to jest to", chciałem skojarzyć z dzisiejszym: "Coca-Cola to jest to". Dobrze, że jednak ostatecznie zauważyłem, że nie ma ten "majonez" nic wspólnego ze spożywką, o której dzisiaj było, a jest nazwą gitar. No ale wiadomo: człowiek uczy się całe życie.
Jednak mimo wszystko...

Cytrus - Mayones to jest to

No i tak zatęskniłem za dźwiękami sprzed lat, że jeszcze...

Cytrus - Tęsknica








poniedziałek, 03 października 2011




Odcinek ulicy Abrahama, który tak właściwie powinien przyjąć nazwę "Kantorowa". W najniższym pawilonie był kiedyś Pewex.

Dziś takie małe 'P.S' do poprzedniego wpisu. Z zaciekawieniem zerkam na wszelkie materiały, przy których widnieją magiczne trzy literki PRL. Dlatego też obejrzałem odcinek serii "Matura to bzdura" pod tytułem: "Historia PRL" (jak ktoś ciekawy, z łatwością go sobie w sieci odnajdzie). Miałem słówko o tym napisać przy okazji matur, później przy okazji poprawek, a później... mi się odechciało. No, ale coś trzeba robić żeby ciągnąć blog dalej...

We wspomnianym programie jest przepytywana młodzież z naszej nieodległej przeszłości. Padają tam pytania o znajomość postaci z okresu PRL: o Władysława Gomułkę, Edwarda Gierka, Wojciecha Jaruzelskiego; skróty z tamtych lat: PRL, PGR, KC, PZPR i inne tym podobne. Nie jest istotne dla wpisu jak sobie młodzież z tym wszystkim radzi (któż bowiem zna odpowiedzi na wszystkie pytania?). Wśród pytań znalazło się jednak i takie: czy wiecie kim był/czym się zajmował cinkciarz? Okazało się, że nikt nie wiedział!? W pierwszej chwili mnie zamurowało. Jak można nie znać tak znanej profesji tamtego okresu - nie dowierzałem. Przeprowadziłem więc test na żywym, rodzinnym organizmie - pytam już dawno dorosłą córkę, czy wie kto to był cinkciarz? No i okazało się, że... nie wie! Cały rodzicielski proces edukacyjny w jednej chwili legł w gruzach. Po ochłonięciu, pomyślałem, że w końcu nie był to najważniejszy zawód świata (choć wtedy spełniał ważną rolę ruchomego kantoru wymiany walut).

Okazało się, że po pewnym czasie "rodzinny test" wrócił bezlitośnie do mnie jak bumerang. Trwała rodzinna gadka-szmatka. Temat jakoś skręcił na jakiś teleturniej, w którym (w finale chyba?) ktoś wyłożył się na pytaniu o artystyczny pseudonim Doroty Rabczewskiej. W tym momencie pod czaszką zaświtały mi tylko takie znaki: ?????? -Jak możesz tego nie wiedzieć?! - usłyszałem w rewanżu od młodego pokolenia...

 
*  *  *  *  *  *  *

Cóż, każde pokolenie ma swoje znane postacie. Teraz to są "postaci", ale ja jakoś nasiąkłem "postaciami" i lepiej to w moich uszach brzmi. Która z nich - cinkciarz, czy Doda - miała/ma większy wpływ na swój czas? W związku z tematem wpisu, w dodatku wystąpi... No nie, bez przesady, Doda nie jest moją ulubienicą.


Fury In The Slaughterhouse
Every Generation Got It's Own Disease


 
1 , 2 , 3 , 4