| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Czasem zajrzę
Inne miasta
Odpad poprodukcyjny
Ściągawki
Wieki temu
Wpisy udźwiękowili...
Wapniak na świat spogląda

Że czasem...

niedziela, 04 marca 2012




Szczęśliwie dla mnie, nikt z moich najbliższych nie ucierpiał we wczorajszej katastrofie kolejowej. Jednak zawsze w takich przypadkach, człowieka nachodzą myśli: jak to możliwe? Teoretycznie transport kolejowy powinien być całkowicie bezpieczny, bezpieczniejszy od samolotu, który w odróżnieniu od pociągu nie stoi twardo na ziemi. Taki skład mknie sobie po eksterytorialnej autostradzie, samochody muszą mu się kłaniać w pas, czekając grzecznie pod rogatkami, a który tego nakazu nie wykona, gorzko tego pożałuje... Teoretycznie wszystko powinno iść gładko i sprawnie...



Dziś słucham ekspertów, którzy mają swoje teorie. I być może jest tak, że znowu zawinił czynnik ludzki: ktoś nie nacisnął odpowiedniego guzika... ktoś nie przełożył odpowiedniej dźwigni... może rutyna uśpiła zmysły...??? Stanowczo zbyt wcześnie na wydawanie wyroków.

Ale wiadomo, życie nie znosi próżni, więc w radio właśnie wypowiadają się eksperci i... własnym uszom nie wierzę! Oczywiście sypią się gromy i pierony na PKP. To poniekąd zrozumiałe, ale... Jeden z ekspertów stawiał za wzór Wielką Brytanię. Jak to? - pomyślałem sobie, przecież farmakologicznie jeszcze nie muszę utrzymywać pamięci w stanie używalności, a pamiętam, jak to właśnie źle było nie tak dawno z tamtymi kolejami. Bez większego problemu odnajduję w sieci potwierdzający stan mojej pamięci njus z 2002 roku, w którym złowrogo brzmią słowa: "Pięć katastrof kolejowych w ciągu pięciu lat to wstydliwy rekord". Dalej można przeczytać: "Brytyjska opinia publiczna domaga się wyjaśnienia przyczyn katastrofy i ustalenia, czy doprowadziły do niej zaniedbania w systemach bezpieczeństwa. „Jak to się mogło stać? Jeśli tak dalej pójdzie, ludzie przestaną jeździć pociągami” - mówiła jedna z osób rannych w wypadku. Niektórzy winę za zły stan kolei na Wyspach Brytyjskich zrzucają na fakt, że została ona w ostatnich latach sprywatyzowana" (o ile pamiętam, prywatnych właścicieli oskarżano wtedy o zbyt daleko idące oszczędności w wydatkach na infrastrukturę kolejową). To ostatnie stwierdzenie jest ciekawe, bo dzisiejsi radiowi eksperci twierdzą, że gdyby PKP nie była rozczłąkowana, to byłoby lepiej, no i w ogóle to... za PRL było lepiej(?!?!); nie było takich katastrof. Hmmm. Tak się składa, że najtragiczniejsza katastrofa kolejowa wydarzyła się w 1980 roku (zginęło wtedy 67 osób) nieopodal Torunia. Tu załączyłem zdjęcia pomnika, który obecnie znajduje się w tamtym miejscu. Doprawdy, nie wiem skąd ci eksperci się biorą...



Będąc jednym ze szczęściarzy, mających wszystkich bliskich nadal przy życiu, pomyślałem jeszcze tak całkiem przyziemnie: czy rodziny ofiar, a właściwie ich ból i nagłe znalezienie się w trudnej sytuacji życiowej, też zostaną tak sowicie wynagrodzone, jak rodziny naszych prominentów, którym ciężko było związać koniec z końcem po katastrofie smoleńskiej?


**Zdjęcia z nieczynnej stacji PKP Sierakowice. Pociągi kursowały tu do czerwca 2000.


*  *  *  *  *  *  *

Ostatnia podróż koleją...

Steve Hackett - Last Train To Istambul








poniedziałek, 27 lutego 2012


Blog mój taki przewidywalny...

Dlatego z wielką nieśmiałością robię skoki w bok, ale jest okazja. Oscary jako takie mnie nie interesują, ale mimo woli człowiek wie co w trawie piszczy. No i okazuje się, że teraz wszyscy mnie papugują. Spoglądają wstecz, za co dostają nagrody, połączone z wielką kasiorą. Ledwo zachłysnęliśmy się trójwymiarem... A tu z wielką pompą wyrywa sporo złota dla siebie... film niemy i czarno-biały! Swoją drogą, kto ma chęć na oscarową statuetkę musi się spieszyć - ponoć już za 12 lat nie będzie skąd wygrzebywać złota (takie rewelacje ostatnio czytałem). No i w myśl zasady: nic dwa razy się nie zdarza, podarujcie sobie robienie kolejnego tego typu filmu. Raz się przytrafiło i wystarczy.

Ludzkość zblazowana tymi wszystkimi kolorami w wielu wymiarach, wciąż szuka czegoś wyjątkowego dla siebie. No i znalazła. Coś zapomnianego, wiele lat temu wyrzuconego na śmietnik historii. Dla mnie to żadna nowość, więc oglądanie tego filmu sobie podaruję. Przez wiele lat (1967 - 1999) w niedzielne przedpołudnia można było zobaczyć tę czołówkę."W starym kinie" można było zobaczyć sporo filmów: i niemych, i czarno-białych, więc teraz to dla mnie żadne wielkie halo.


Jednak nie o takiego absurdalnego Oscara mi chodziło. Bardziej o taki blogowy odpowiednik nagrody (skrojony na naszą miarę). Co prawda już dawno po kolejnych wyborach "Bloga roku", ale ja zawsze przecież wstecz spoglądam... Cieszy mnie to, że jeszcze dostrzegane są blogi z Bloxa, choć większość jego użytkowników widzi, że platforma owa pada na pysk i tylko jeszcze potrafi zauważyć swoich kolegów, promując ich zawzięcie. Tym samym administracja - jeśli w ogóle obecnie taka jest(?) - pokazuje reszcie, w jak głębokim poważaniu ją ma. Nie dziwi mnie więc fakt, że i laureatów tegorocznej edycji Blox ma gdzieś, pomijając wszystko milczeniem. I tak przy okazji oscarowej gali, postanowiłem wspomnieć, że 6 blogów otrzymało nominacje do głównych nagród w swoich kategoriach, a jeden zwyciężył w kategorii "Absurdalne i offowe". W skrócie nazywany był: "Mam wątpliwości", ale jak przystało na absurdalny blog, ma on dużo bardziej skomplikowany tytuł. Tu relacja z rozdania nagród w wydaniu autorki zwycięskiego bloga.

 


Jak tylko najdzie mnie myśl o udziale w konkursie, mówię sobie: wyhamuj, wygrasz jeszcze i narobisz sobie kłopotów. Zaczną się wywiady, flesze zaczną błyskać... A ty taki niefotogeniczny jesteś i na dodatek niewygadany. Daj sobie na luz.




*  *  *  *  *  *  *

Skoro wyróżniony blog z typu absurdalnych, więc pojedziemy już po całości. Co prawda teledysk jak najzupełniej a propos, ale absurdalny w treści. Tak jak i zdjęcia, nie mówiąc już o zapałkach...

Mogwai - Stanley Kubrick







niedziela, 26 lutego 2012




Koty na ul. Żeromskiego. Drugi nie chciał współpracować, ale z łatwością można go zlokalizować.


Tak obserwując zmieniającą się wokół nas rzeczywistość, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że tak naprawdę, to nie wiemy skąd przychodzimy, dokąd zmierzamy? I to wszystko przy okazji czytania kolejnych wywodów w sprawie tak drażliwej jak ACTA - przebój ostatnich tygodni. Oczywiście punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. A to zaraz gdy pojawi się głos: "Nie stać cię na film? To nie kupuj. Ale nie kradnij! (art.), to zaraz ktoś ripostuje: "Proszę nie nazywać mnie złodziejem! (art.). Szczerze mówiąc mam z tego niezły ubaw, bo niby wszyscy tacy są zatroskani o tą ostatnią ostoję wolności słowa, ale tak naprawdę wszystko sprowadza się do ściągania muzyki, filmów itp. No nie czarujmy się. Nikt nie chce się nawet przed samym sobą przyznać, że go po prostu nie stać na wszystkie błyskotki tego świata. A oczy chcą... I jedynie może a darmo ściągnąć sobie jakiś "kawałek" z netu. Tak na osłodę, bo niewielu może identyfikować się z rewelacjami: "Polacy pokochali luksus i bogacą się na potęgę" (art.). Dzisiejszy człowiek, z każdej strony atakowany jest reklamami: kup to, kup siamto, kup owamto; no przecież jesteś tego warty(a)!. Chce to wszystko  mieć. Wiele z tych rzeczy już może przecież mieć zaledwie "za złotówkę", a jeśli nie, to już "co drugą gratis". I co? Dopiero po czasie okazuje się, że są jakieś ukryte koszty, które chcąc nie chcąc musi ponosić. No i współczesny homo sapiens, jak już zatankuje samochód (do pełna), popłaci raty kredytów, zrobi niezbędne zakupy, spogląda do portfela i widzi, że niewiele mu już zostało "na igrzyska", więc walczy teraz jak lew, aby mu nie odebrano tej ostoi wolności.

Dlaczego tak sobie kpię po trosze z tematu?
1.Bo wychowałem się w czasach, gdy po lekcjach wychodziło się na dwór, zamiast ślęczeć nad klawiaturą i dlatego, gdy niemożliwym byłoby korzystanie z internetu w obecnej formie (nie mam na myśli ściągania czegokolwiek, ale prowadzenia bloga z pirackimi linkami), to po prostu bym się bez tego obył.
2. Bo telefon (czy też sieciowy komunikator) nie służy mi do "wiszenia na słuchawce" godzinami, ale do umówienia się z kumplami na porozmawianie z nimi twarzą w twarz - a nie za pośrednictwem "zbioru twarzy".
3. Bo gdy okazało się, że upatrzona przeze mnie płyta miała kosztować 90 pln, to grzecznie podziękowałem i posłuchałem w domu innej, którą kupiłem za 25 tych samych pln-ów.
4. Bo... bo nie muszę mieć wszystkiego już, teraz, zaraz. Bez chleba sobie nie poradzę, ale już z igrzyskami mogę się zmierzyć.

Ale jednocześnie rozumiem, że każdy jest inny, więc gdy inni robili sobie hopsasa na mrozie, ja siedziałem w ciepłym mieszkanku, racząc się gorącą herbatą.







*  *  *  *  *  *  *

No właśnie: dokąd my tak zmierzamy? Czy jest to droga donikąd?

Talking Heads - Road To Nowhere








niedziela, 29 stycznia 2012


Za moich czasów to było nie do pomyślenia - tak często reagują starsze pokolenia, z dezaprobatą patrząc na to, co wyprawia "ta dzisiejsza młodzież". Pomijając zachodzące na przestrzeni dziejów zmiany kulturowe, dużą część tych narzekań można by zawrzeć w stwierdzeniu: zapomniał wół, jak cielęciem był. Ale starzy idą w zaparte. Dopóty, dopóki nie wyda się w końcu, że i oni nie byli święci za swojej młodości. Muszą jednak tak postępować - dla dobra kolejnych pokoleń. To podobnie jak z wiarą w św. Mikołaja. Tak długo łżą w żywe oczy rodzice swoim dzieciom, że to nie oni dostarczają gwiazdkowe prezenty pod choinkę, jak długo to tylko możliwe. Taka kolej rzeczy.

Pewne zachowania są niezmienne i jak choroba zakaźna, przechodzą z pokolenia na pokolenie. Ale powstają nowe choroby, nieznane wcześniej. I tu można zastosować słowa: za moich czasów... itd.

Nie ma mnie na Facebooku, oraz nie obchodzi mnie, czy na przykład mój blog będzie miał jakieś "lajki" (tak to chyba się nazywa?), ale trudno nie zauważać, że takie coś istnieje i jako zjawisko społeczne mnie żywo interesuje. Z takich też względów spojrzałem na tekst, który ostatnio robił furorę. O pewnej Magdzie, która nagle zniknęła z Facebooka. Pomyślałem: cóż może być aż tak niezwykłego w tym, że znika jedna osoba z portalu społecznościowego, na którym są ich miliony (a może to zbyt skromna nazwa na coś, co zawładnęło już nieomal wszystkim i wszystkimi)?
Historia stara jak świat: znudzony małżeństwem koleś "gonił króliczka". To za wszystkich "moich czasów" się zdarzało i zdarzać będzie. Nawiasem mówiąc, patrząc na miłą twarz, spoglądającą na mnie z wirtulandii: pewnie też bym pobłądził. Żadna nowość. Nowością natomiast jest, że w dzisiejszych czasach wszystko zaczyna się rozwarstwiać na dwa równoległe światy - ten realny i ten wirtualny.
Wracam do propozycji spotkania przy kawie. Dobrze nam się rozmawia przez Facebooka, to tym bardziej dobrze nam się będzie rozmawiało w rzeczywistości. Dla nas obojga to jest oczywiste. - myśli goniący króliczka. Wydawałoby się, że to rzeczywiście takie oczywiste, ale niestety są to zaledwie "rozmowy". Papier - ten wirtualny też - wszystko przyjmie. Nic nie jest w stanie zastąpić tej prawdziwej - twarzą w twarz - rozmowy. Że tak jest naprawdę, okazuje się pod koniec artykułu, bo wszyscy Magdę znają i kochają, wiedzą, że pracuje "na trzecim piętrze", ale... nikt tak naprawdę jej osobiście nie znał i nie widział!?! Śmiech przez łzy. No i tu z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić: za moich czasów to było nie do pomyślenia. Nawet jeśli znało się "Magdę z 3. piętra" z opowieści innych współpracowników, to ona na tym pietrze rzeczywiście za biurkiem siedziała.

Jest jeszcze epilog.
Nadal nie wiem, z kim rozmawiałem przez półtora miesiąca. Nie mam pojęcia, po co ten ktoś to zrobił... Mogę jedynie napisać, po co ja całą sprawę opisałem.
Jeśli ktoś potrafił stworzyć fikcyjną postać w tak specyficznym środowisku, jak dziennikarskie (jesteśmy podejrzliwi, potrafimy weryfikować informacje, wszyscy się znamy - również z ludźmi z konkurencji)... to może to zrobić właściwie wszędzie.
Tyle. Może Wy wiecie, kim jest Magda M.?
Pominę milczeniem dobre mniemanie autora o sobie i całym środowisku dziennikarskim (weryfikowanie informacji - śmiech na sali). Coś mi się zdaje, że niedługo większość ludzi będzie potrzebowała takiego "incepcyjnego" bączka, który będzie informował ludzi, w jakim świecie aktualnie przebywają... Za moich czasów: nie do pomyślenia.

A co z tą dalszą chęcią poszukiwania Magdy M., skoro wiadomo, że "poszukiwany-poszukiwana" nie istnieje? No bo trochę "mleka się rozlało", czyli poufne informacje poszły w świat i nie wiadomo teraz kto spił to mleko. Flirt się skończył, zaczęło się prawdziwe gonienie króliczka.

Gdyby tak w wirtualnym świecie działała poczciwa recepta na sprawdzenie prawdziwości sytuacji: uszczypnij mnie, to cała historia potoczyłaby się inaczej. No tak, ale do uszczypnięcia byłaby potrzebna druga - jak najbardziej realnie istniejąca - osoba...


 
*  *  *  *  *  *  *

Nie pierwszy raz w historii ludzkość zastanawia się, co się stało z Magdą...

Perfect - Co się stało z Magdą K








wtorek, 24 stycznia 2012


Trudno mi się wypowiadać na temat, który mnie w sumie niewiele interesuje (choć być może powinien?) i skutkiem tego braku zainteresowania, niewiele z niego rozumiem. Chociaż nie... zapewne - jak zwykle - chodzi o kasę. Tyle z rozumiem z ACTA. W końcu wolność mamy! I nie muszę się interesować wszystkim. Ja tam wolę "obracać w palcach złoty pieniądz i przeraźliwie nudzić się", żeby tak pojechać klasyką z piosenki Perfectu, czyli z czasów, gdy zaczynaliśmy łapać pierwsze oddechy - nieśmiałe jeszcze - wolności. No właśnie: Perfect i jego lider - Hołdys... Jak ja mogę cokolwiek rozumieć, gdy wypowiadają się w temacie ludzie, którzy sami niewiele z tego rozumieją? Dziś czytam, że Hołdys sam określa się jako niestrudzony bojownik przeciw piractwu, a przecież sam używał oprogramowania pirackiego, do czego się przyznał: "Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. W mojej firmie takie coś nie powinno było się zdarzyć. Sam jestem częstą ofiarą piratów i wiem jak to boli" - mówi Hołdys. (art.).
A ja tak dzielnie walczyłem, przy wejściu do hali gdańskiego NOT-u, aby dostać się na koncert Perfectu (wtedy pierwszy raz obserwowałem test wytrzymałości szyby na naprężenia spowodowane naciskiem ludności - ostatecznie szyba nie wytrzymała testu). "Spijałem słowa z waszych ust" i co? O to walczyliśmy, aby pirat walczył z piractwem?


"Dziesiątki serwisów, w tym te naprawdę popularne, czyli Kwejk, Demotywatory czy Wykop, łączą siły w proteście przeciwko ACTA". Cóż ja biedny mogę dodać do tematu, skoro przytoczone nazwy... nic mi nie mówią! Naprawdę! No może "Wykop" jakoś mi się przewinął jako nazwa, ale reszta? Przyznaję, dziwny taki jestem: mieszkać mam gdzie, do pierwszego z powodzeniem wystarcza, geny przekazane, więc już tylko obserwuję, jak to się ludzie motają w oparach wolności. Teraz wy, młodzi, wychodźcie na ulice, budujcie barykady! I tak długo wytrzymaliście. Twardziele z was. Wasi rodzice i dziadkowie to przy was mięczaki. Wystarczała byle podwyżka ceny kilograma cukru i mąki, aby wyjść na ulice. W oparach wolności można znacznie więcej znieść (choć wszystko ma swoje granice, bo coś ludność zaczyna irytować cena benzyny).

I tak siedząc w bujanym fotelu, pykając dym z fajeczki i obracając ten złoty pieniądz**, taka wapniacka myśl mnie naszła: czy wszyscy naprawdę myśleli, że w nowych czasach wszystko wszystkim będzie wolno? Jak się społeczeństwo za bardzo rozbryka, to znajdą się metody, aby obszar wolności nie był zbyt wielki. Tak to już jest, od wieków...



*  *  *  *  *  *  *


Perfect - Obracam w palcach złoty pieniądz






**bujanego fotela nie mam, w ogóle nie palę, złotej monety też nie posiadam, ale opis działa na wyobraźnię, prawda?

piątek, 20 stycznia 2012





Co słychać u tej zdjęciowej babci? Niestety nie wiem. Zdjęcie zrobione dwa lata temu (był tu sklep, czy też bar?). Aktualnego - póki co - brak. Może coś się tu zmieniło, bo ostatnio wiele zmian zachodzi w starej części Wejherowa. Będzie okazja, to się sprawdzi.

Natomiast zalecam sprawdzenie, co się dzieje u waszych babć. I dziadków, przy okazji. Choć z tym dniem dziadka to dziwna sprawa - niby jest, ale jakby go nie było. Zawsze tylko ta babcia i babcia. Żądam równouprawnienia! ;)


*  *  *  *  *  *  *

Odwiedziny zaleca się nie tylko raz w roku - od święta. Bo babcia jest "Never for Ever" (album Kate Bush z 1980).

Kate Bush - Babooshka



środa, 18 stycznia 2012


Znowu aktualne sprawy stały się inspiracją do nieplanowanego wpisu. Tak już bywa, że inspirują mnie sprawy różnego kalibru i w różne kierunki one prowadzą moje myśli. Informacja o przepychankach i "wolnej amerykance" w wyścigu do łodzi ratunkowych na statku wycieczkowym Concordia, gdzie podobno trudno było o zasadę: pierwsze kobiety i dzieci, jest z typu tych ciężkich. Gdybym był złośliwy i bez serca, to przyłączyłbym się do chóru komentujących, którzy coś przebąkują o równouprawnieniu. To są oczywiście wypowiedzi poniżej pasa, więc nie mam zamiaru się nimi zajmować. Chciałbym jednak, mimo wszystko spojrzeć wstecz (do tego służy wszak ten blog) w lżejszym klimacie, bo przypomniała mi się inna "katastrofa". Tym, którzy mogą być zniesmaczeni, na jakie manowce sprowadziła mnie wspomniana informacja, wyjaśniam, że nie możemy żyć wszystkimi smutkami tego świata. Życie toczy się dalej.



Dziś synowie się nie trwożą burz ni szumu morskich wód - Gal Anonim


Oto mamy rok 1965. Gdy w gdyńskim porcie odsłaniano widoczny na zdjęciu pomnik, Kapitan Sowa znowu był na tropie. Tym razem tropił zabójcę szantażysty.

Część pierwsza odcinka
(niecierpliwi mogą pominąć).

W drugiej części - tuż przed dziesiątą minutą - sprawa się wyjaśnia. Tak samo wyjaśnia się związek filmowej katastrofy statku "Regina" ze współczesną.

Część druga odcinka.


Niestety, gdy śmierć zaczyna nam zaglądać w oczy, często górę bierze instynkt samozachowawczy. I tu się okazuje, że w życiu jest inaczej niż w kinie.



*  *  *  *  *  *  *

Przy okazji tego odcinka proszę zwrócić uwagę, kto wtedy (według twórców filmu) robił pamiątki z buszu dla naiwnych wędrowców? Bynajmniej nie robiła to ręka Chińczyka...

T'pau - China In Your Hand










 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7