| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
Czasem zajrzę
Inne miasta
Odpad poprodukcyjny
Ściągawki
Wieki temu
Wpisy udźwiękowili...
Wapniak na świat spogląda

Złomowiec

niedziela, 11 grudnia 2011


Nawiązując trochę do ostatniego wpisu i wzmianki o trudnościach w cofaniu pod rampę przy magazynie POSTI, to przypomniał mi się mój egzamin na kat. E, czyli przyczepy. Kiedyś zostanie kierowcą zawodowym nie wymagało przejścia tylu kursów, kursików i badań, co teraz (co prawda, PKS wydawał takie wewnętrzne prawa jazdy, na każdy typ pojazdu osobno, ale to była sztuka dla sztuki). Ba! Niektóre uprawnienia nabywało się tak po prostu. Na przykład wspomnianą wcześniej kategorię, do lat 80. otrzymywało się z urzędu, po roku posiadania (jeżdżenia?) "solówką". Faktem jest, że ruch pojazdów na drogach był wtedy mniejszy i stawiało to może mniejsze wymagania, ale już w samych zakładach pracy, gdzie zazwyczaj panowała ciasnota, trzeba było wykazać się sporymi umiejętnościami. Ja niestety przespałem czas, gdy 'E' dostawało się gratis. Chociaż z drugiej strony, specjalnie zwlekałem z tym, aby móc jeździć tylko "wokół komina". Nie spieszyło mi się wtedy z dalekimi wyjazdami.

Mój - i każdego innego uczestnika kursu - egzamin trwał... 2-3 minuty. Tyle czasu, ile zajmuje zajęcie miejsca za kierownicą i cofnięcie po prostej kilkunastu metrów. Egzaminator patrzył tylko, czy znamy zasady, jak postępować, gdy zestaw się zaczyna łamać. -Wystarczy. Wyrobicie się w zakładach. - jak dziś, pamiętam jego słowa. I tak było. Również dobrze pamiętam swoje pierwsze cofanie z przyczepą do rampy. Magazyn PSK przy ul. Jana z Kolna (naprzeciwko hali targowej). Miałem wtedy stara 200 bez wspomagania kierownicy... Ręce mnie bolały, gdy już udało mi się cofnąć. Może trwało to z pół godziny? Pomimo, że i tak przyczepa stała skosem do rampy, to pracownicy PSK zdawali sobie sprawę, że na więcej mnie nie stać i litościwie położyli blachę pomiędzy rampą a przyczepą i rozpoczęli załadunek. Później oczywiście było już coraz lepiej... Jakby na usprawiedliwienie, trzeba dodać, że nikt wtedy nie malował białych kresek na asfalcie, aby ułatwić prawidłowe ustawienie pojazdu, a i cofanie z przyczepą, to nie było to samo co z naczepą, a odnoszę wrażenie, że tych ostatnich było wtedy mniej.

Poniżej: dwa przykłady "ciężarówek" sprzed lat.


Zdjęcia: zbiory NAC.
Jeszcze można spotkać takie wózki akumulatorowe - Stal 258. Zabawne, ale przez dłuższy czas nazwę wózka odczytywałem jako... fiat.



Wycieczka do Gdańska, z takim zapasem prowiantu? Chyba dookoła świata!



*  *  *  *  *  *  *

Muzycznie też "ciężarówka" z "osobówką".

Kombajn do zbierania kur po wioskach - Warszawa







niedziela, 11 września 2011




Spodobało mi się to zdjęcie "trolejbusu o poranku" - jak to ujął autor zdjęcia z "Fotogalerii Transportowej", który wyraził zgodę na publikację tutaj zdjęcia. Zdjęcie z sierpnia 1995 roku (według informacji autora: pojazd zezłomowany w 1999). Wtedy już nie byłem klientem autobusowej/trolejbusowej komunikacji miejskiej. Wystarczała mi SKM-ka aby dotrzeć z domu do pracy i z powrotem.

Zwlekałem z publikacją, czekając na jakiś impuls. Wczoraj przeczytana informacja o trzecim już "Rajdzie Ikarusa", sprawiła, że pomyślałem: już czas - podpierając się cytatami z książki "Gdynia w gazetach" - w wielkim skrócie przypomnieć o zakrętach, wzlotach i upadkach komunikacji trolejbusowej w Gdyni. I tu (być może po raz kolejny) przypomnienie, dlaczego "w wielkim skrócie"? Po prostu nie mam ambicji tworzenia dogłębnych publikacji. Zazwyczaj zaledwie liżę temat, po raz kolejny spoglądając wstecz pod różnymi kątami. Taka formuła bloga. Nic czytelniku na to nie poradzisz. Cieszy mnie "gonienie króliczka". Szukanie informacji, ich porównywanie z moją wiedzą o przeszłości, a nie otrzymywanie wszystkiego wprost na tacy - to jest dla mnie najciekawsze. I tak naprawdę główną rolę odgrywają tu zdjęcia. Słowa (i muzyka) są dodatkiem, chociaż patrząc czasami na proporcję słów do zdjęć, można mieć wątpliwości.


Wydawało się, że ten rodzaj środka komunikacji, który istnieje w niewielkiej liczbie miast na świecie, skończył się w Gdyni zanim tak naprawdę się zaczął.

Dziennik Gdyński - 5.04.1931
"...uchwalono uruchomić zamiast projektowanych pierwotnie trolleybusów - autobusy o motorach Diesel'a. Wprowadzenie trolleybusów, mimo iż eksploatacja ich kalkuluje się znacznie taniej, okazało się niemożliwym ze względu na stałe zmiany, związane z rozbudową miasta..."

Zabrzmi to może cokolwiek obrazoburczo, ale wygląda na to, że trolejbusy pojawiły się na gdyńskich ulicach "dzięki" wojennym brakom w dostawach paliw na potrzeby cywilne. Po wojnie, być może również z tych samych powodów, w marcu 1946 otwarto pierwszą powojenną linię trolejbusową.

Dziennik Bałtycki - 25.02.1946
"Wczoraj o godz. 12 w południe publiczność gdyńska z ciekawością i podziwem patrzyła na pierwszy trolleybus, który zrobił kilka kursów na trasie zajezdnia - pl. Kaszubski - przez Świętojańską do ul. 10 Lutego, bo tylko na tej przestrzeni są przeciągnięte kable..."

Minęło ponad 40 lat od przedwojennego falstartu trolejbusów, pomimo wtedy ich opłacalności. Tym razem zadziałała ekonomia w poprawnej formie.

Dziennik Bałtycki - 22.08.1973
"...Cóż, ekonomia ma swoje prawa. Stwierdzono, że komunikacja trolejbusowa jest zbyt kosztowna. [...] W ślad za innymi miastami w kraju, posiadającymi komunikację trolejbusową, także i Gdynia przystępuje do likwidacji. Likwidacja będzie postępować sukcesywnie w miarę zużywania się pojazdów oraz trakcji. Linia '21' łącząca Gdynię z Sopotem zlikwidowana będzie w latach 1974-78. Najdłużej utrzymana zostanie linia Gdynia - Chylonia: też nie dłużej jednak niż 8 lat."

Nie minęło 10 lat od obwieszczonego nieubłaganego końca trolejbusów, gdy w gazecie pojawił się tytuł: "Gdynia stawia na trolejbusy".

Głos Wybrzeża - 11.03.1982
"...wobec rosnących cen paliw, olejów itp. autobusy stają się coraz droższe w eksploatacji, a permanentny deficyt części i akcesoriów powoduje, że ich niezawodność techniczna pozostawia wiele do życzenia, postawiono w Gdyni na trolejbusy. Mają one być środkiem przewozowym nr1, chociaż również mają wady, np. mniejszą prędkość a ich mechanizmy zawodzą gdy jest wilgotno..."



Dziś chyba trudno wyobrazić sobie gdyńskie ulice bez widoku trajtków, choć jak widać, nie zawsze miały one tutaj świetlaną przyszłość. Chcących zgłębić temat, odsyłam do strony ZKM Gdynia, działu "historia". Tam jest wszystko dość szczegółowo opisane. U mnie, zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią, słowa są dodatkiem do zdjęcia.



*  *  *  *  *  *  *


Aby nam się komunikacja - wszelkiego rodzaju - nie zerwała, proponuję...


Led Zeppelin - Communication Breakdown


czwartek, 07 lipca 2011

Jak człowiek bierze sobie na głowę prowadzenie bloga, to często nie wie gdzie tak naprawdę ta blogowa wędrówka go zaprowadzi. Oczywiście (nie wiem dlaczego to takie oczywiste?), większość ludzi rozpoczynająca przygodę z blogowaniem opowiada banialuki, że to tak dla siebie, nie "dla sławy". Nie ze mną te numery... Dla siebie, to pisze się pamiętnik na kartkach papierowego zeszytu i chowa się w najgłębszy kąt szuflady. Każda inna forma "pamiętnika" jest chęcią podzielenia się swoją twórczością (niektórzy nazywają to pogardliwie tfurczością) z innymi. Tak też było i w moim przypadku. No ale tego, że sprowokuję inne osoby do podzielenia się na moich łamach swoimi zdjęciami, czasami leżącymi gdzieś w zapomnieniu w szufladzie, lub w zakamarkach dysku komputera... Tego w najśmielszych myślach nie mogłem się spodziewać. To, że obcym mi w sumie ludziom (choć teraz już nie są takimi) chciało się podzielić za moim pośrednictwem z całym światem (jak to dumnie brzmi!) zapomnianymi zdjęciami, które być może w innych okolicznościach nie ujrzałyby światła dziennego, uważam za największy sukces tego bloga - no, może sukcesik. I nawet jeśli takie obce wtrącenia miałyby się już nigdy więcej nie zdarzyć, to mogę powiedzieć, że było warto się w to całe blogowanie pchać.

Zdjęciami z dzisiejszego wpisu debiutuje właśnie druga już osoba, która "poszperała w komputerze i z czeluści dysku wygrzebała" kilka zdjęć, może nieszczególnej urody, ale dokumentujących odchodzący w szybkim tempie motoryzacyjny świat. Aby jednak nam się darczyńcy nie mylili (może w przyszłości znajdą się kolejni?) postanowiłem, że chociaż muszę ich rozróżnić przy pomocy inicjałów. Tak więc, zdjęcia z rozbudowy Cisowej przesłał nam K.K, a dzisiejsze są autorstwa K.T.



Zdjęcia pochodzą sprzed czterech lat ze złomowca w Koszwałach koło Gdańska, na którym znajdowało się(czy są tam nadal?) pięć względnie kompletnych trolejbusów Ziu-9, które w chwili robienia zdjęć już swoje odstały na chłodzie i w deszczu. Jak informuje K.T. - są to ostatnie z wycofanych trolejbusów z gdyńskiej komunikacji. Było ich sześć, ale jeden od razu został pocięty, a reszta została zamieniona na magazyny części.



Oto widok na słynne schody, które potrafiły nie raz dać niezłego kopa. W wilgotnych okolicznościach przyrody - odległość do zielonej trawki dla niektórych wręcz nie do pokonania. W pamięci mam widok starszych osób rezygnujących z wejścia na pokład, tudzież ludzi w kwiecie wieku wyskakujących z trolejbusu z pominięciem "strefy pod napięciem". Przy tej ostatniej czynności bardzo pomocne były, jak widać na zdjęciu, zachowane w dobrym stanie zabytkowe poręcze. Dziś takie rzeczy są nie do pomyślenia. Społeczeństwo nam zrobiło się jakieś takie 'mjętkie'. Jak coś niezgodne z normą, to zaraz biegną ze skargą do rzecznika praw od czegoś tam... Mięczaki! A myśmy dali radę!



Jakby na ironię, często podwyżki w komunikacji miejskiej były wprowadzane w primaaprilisowy dzień. Jednak w kwietniu 1994 żarty się pomału kończyły. Zapewne już w chwili wprowadzania powyższego cennika, pełną parą szły przygotowania do mającej wkrótce nastąpić dewaluacji złotego. No i tak, w ciągu jednego dnia, pierwszego dnia 1995 roku, z milionerów staliśmy się groszorobami. I komu to przeszkadzało?!



Znajomość naszego "drugiego języka" była w produktach zza wschodniej granicy bardzo wskazana. Któż by teraz wiedział, o co w tym napisie chodziło?

A mogła się taka znajomość języka rosyjskiego przydać, jak widać na poniższym zdjęciu. Wygląda poniższa sytuacja jak ćwiczenia z ratownictwa, ale niestety, to taka inna odmiana kasacji pojazdu (niezamierzona), z powodu zwarcia instalacji elektrycznej. Szczęśliwie zdarzyło się to w zajezdni, a nie na trasie, więc nikomu się nie stało. Zajezdni nie ma, takich trolejbusów nie ma, rosyjskiego w szkołach też nie ma... ale my trwamy na stanowiskach...


Zdj: Fotogaleria Transportowa, autor: j.w.


*  *  *  *  *  *  *

Kino - Trolleybus

No jakże mógłby być inny podkład muzyczny? No... mógł być (coś by się wymyśliło), gdyby nie przypadkowe odkrycie przeze mnie rosyjskiej grupy Kino. Po czasie, bo już nieistniejącej. Według informacji z netu, to grupa rozpadła się już dawno temu, wraz z przedwczesną śmiercią lidera grupy - Wiktora Coja - w wypadku samochodowym w 1990 roku. Muszę przyznać, że mają oni kilka kawałków, które wpadły mi w ucho i może jeszcze jakiś ich utwór tu zawita.
Skojarzenie utworu jakby samo się narzuca, ale kto tam wie, co w głowie artystów siedzi... Może wcale nie chodzi o trolejbus? Skoro utwór pochodzi z płyty pt: Naczelnik Kamczatki , i wcale nie chodzi o część obszaru Rosji, ale o... kotłownię!

sobota, 14 maja 2011


Ciąg dalszy o żyletkach, ale w innym znaczeniu. Funkcjonuje takie powiedzenie, że "coś poszło na żyletki", to znaczy zostało zezłomowane. Jednak zawsze coś gdzieś się uchowa. Takimi ostojami w których czas zatrzymuje się na dłużej są często pracownicze ogródki działkowe lub zwykły przydomowy kawałek ogrodu.




Ostatnio odkryłem przypadkiem w miejscowości Szemud, mocno już zniszczony wrak trolejbusu ZIU-9. Tego typu trolejbusy były w Gdyni eksploatowane w latach 1975 - 1998.



Trochę mi wygląd tylnej części nie pasuje do obrazu moich wspomnień (pamiętam przerobione tylne okna na mniejsze), ale ogólnie wszystko wskazuje na wspomniany typ trolejbusu. Nie ma on w zasadzie już żadnej wartości dla celów poznawczych. Pozostał sam szkielet, baz jakiegokolwiek wyposażenia wnętrza.



Z przodu widnieje, częściowo zamalowany, numer inwentarzowy 12046 (najprawdopodobniej). Jednak na boku pojazdu znajduje się, już ledwo widoczny, ale cały numer... 12057.
To taka mała ciekawostka przyrodnicza, która prawdopodobnie wkrótce też przestanie istnieć. Nie rozmawiałem bezpośrednio z właścicielami posesji na której znajduje się wrak trolejbusu, tylko z lokatorami, ale podobno tak ma się stać już w tym roku. Poza tym dowiedziałem się, że nie jestem jedynym nawiedzonym, który zainteresował się tym eksponatem. No cóż, wariatów na świecie nie brakuje.


Tak przy okazji naszej komunikacji. Wiele się zmieniło na przestrzeni dziesięcioleci w temacie taboru, którym podróżujemy, jednak ostatnio zauważyłem, że coś jednak pozostaje niezmienne... Na poniższym zdjęciu widoczna jest gdyńska zajezdnia autobusowa w Kaczych Bukach. I cóż tam zwraca uwagę? Nieśmiertelne(?) plamy oleju. Taki postęp techniczny obserwujemy, a w temacie olejowej plamy ludzkość daje plamę.




*  *  *  *  *  *  *

Budgie - Power Supply

Mam nadzieję, że nie ma potrzeby tłumaczyć związku przyczynowego dodatku muzycznego do wpisu? To już trzeci raz Budgie umieściło swój utwór w związku ze związkiem. Chociaż z tej płyty z 1980 roku jeszcze piosenki nie było.


niedziela, 03 kwietnia 2011




Tak rozglądając się po poboczach dróg, dopiero człowiek zdaje sobie sprawę czego już ze świecą szukać na samych naszych drogach. Dużo tego poruszało się u nas za sprawą wzajemnej współpracy (zazwyczaj nie dobrowolnej) państw naszego starego układu. Historia dzieje się na naszych oczach. Ale oczy szybko zapominają co widziały, więc trzeba focić, aby nie zapomnieć. I to nie z chęci przywrócenia dawnego systemu, ale tak po prostu.

Zdjęcia z zeszłego roku. Powyżej: jakby przechowalnia Gdyńskiego Muzeum Motoryzacji, poniżej: widok zza płotu z ul. Hutniczej. Przez przypadek, na pierwszy plan wysunęły się produkty byłej NRD. Sporo tego powinno jeszcze poruszać się za wschodnią naszą granicą. Tak przypuszczam, bo pamiętam jak wycofujące się już na stałe radzieckie wojska z NRD, wyczyściły tamten kraj z niechcianego dziedzictwa. Całe sznury roburów, if, barkasów i innych motoryzacyjnych wynalazków, niczym powojenne łupy, przekraczały w latach 90. nasze granice w wędrówce z zachodu na wschód.





*  *  *  *  *  *  *

Ten Years After - Working On The Road


sobota, 19 marca 2011





Z "tamtych lat", czyli z roku 1978, pozostało mi do publikacji już tylko to powyższe zdjęcie. W tym czasie było widoczne gołym okiem, jak w tyle zostaliśmy w wielu dziedzinach. W tym i motoryzacji. Klasa lux w porównaniu z naszą ówczesną nysą.

Ale ja nie o tym. Potrzebne jest mi takie pokrętne wprowadzenie do kolejnego wpisu, który rozluźni atmosferę bloga. W tyle pozostaliśmy również pod względem znajomości języków obcych, której to luki nie mogły wypełnić obowiązkowe lekcje języka rosyjskiego. Język nie całkiem bezużyteczny, ale niekoniecznie jest nam potrzebna powszechna jego znajomość. Bardziej rozległe zastosowanie ma oczywiście język angielski lub niemiecki, lub... chiński, ale nauka tego ostatniego to już wyższa szkoła jazdy bez trzymanki! Nawiasem mówiąc, wiele osób pilnie się teraz uczy rosyjskiego, który jest potrzebny nam (czy się to komuś podoba, czy też nie) ze względów na chociażby kontakty handlowe. I nie ma się tu co obrażać a rzeczywistość.

Nie namawiam tu oczywiście do powrotu do nauki "języka okupanta", ale tak patrząc z perspektywy czasu muszę przyznać, że władze PRL-u były lepsze w czymś, niż obecne. W konsekwencji działania. Języka rosyjskiego każdy z nas wapniaków uczył się przez długie lata. A jak wygląda to w wielu przypadkach dzisiaj? W podstawówce/gimnazjum uczy się dziecko angielskiego. Później idzie na przykład do liceum, ale w tym wybranym przez naszą pociechę, językiem wykładowym jest już na przykład... niemiecki. Dalsza edukacja, to dalsze niespodzianki w naszym systemie nauki języków obcych, który nie sprzyja konsekwentnej nauce. Jak już wspomniałem, nie tęsknię za rusyfikacją, ale tęsknię za konsekwencją. Tak jak kiedyś byle jak uczyliśmy się rosyjskiego (z powodów ideologicznych), tak w wielu przypadkach i dziś nasze dzieci są uczone "po łebkach". W rezultacie, znajomość języków obcych naszej obecnej młodzieży pozostawia wiele do życzenia. Znam to niejako z autopsji. Wyznam szczerze, choć mogę być za te słowa zganiony, że jestem zadowolony ze znajomości języka naszego "wielkiego brata". Paradoksalnie, obecnie wielokrotnie jego znajomość mi się przydała. Bardziej niż w latach jego nauki. Mówi się wszak, że nauki nigdy za wiele. Poza tym, dla mnie umiejętność zrozumienia innego człowieka, który posługuje się dźwiękami niezrozumiałymi dla sąsiada zza miedzy, to umiejętność... z rodzaju tych magicznych. Tak ja przynajmniej to odbieram.


Ostatnio okazuje się, że szykuje się nam w szkolnictwie powrót do przeszłości. Tej z lat słusznie minionych. Mianowicie jest plan powrotu do lekcji, zwanych kiedyś oficjalnie wychowaniem muzycznym, a pospolicie: "śpiewem". Okazuje się, że zajęcia, które miały skupić w jednym wszystkie dziedziny sztuki, nie okazały się dobrym rozwiązaniem. Ale to już niech fachowcy sobie rozstrzygają, a my, skoro zahaczyliśmy o język rosyjski i śpiew, to naturalną tego konsekwencją, będzie tendencyjny dodatek muzyczny.


*  *  *  *  *  *  *

Место Встреци - Пятница

Przeróbka utworu The Cure - Friday I'm In Love. Wapniaki mogą sprawdzić, co tam w ich zakamarkach szarych komórek pozostało. A młodzież... niech zazdraszcza!

niedziela, 20 lutego 2011



Żuk. Nysa. Kto pamięta jeszcze te marki (o przepraszam: brandy)? Fiat trwa, ale reklama pamięta zupełnie inne modele tego producenta, niż te, które można dziś spotkać na naszych ulicach.



To już ostatnie zdjęcie z serii mojego fotograficznego zrywu - roku 1978 - dokumentującego stan naszej motoryzacji z tamtego okresu. Oczywiście zakładałem, że przecież będę pamiętał jaki to typ "nyski" i nie potrzebuję zapisywać tego na odwrocie zdjęcia takich oczywistości, ale życie pokazało... No i nie wiem teraz, czy to może N59, czy też N61? Jednak zapewne coś w tym guście. Tak na marginesie. Dlaczego my się tak lubimy dołować? Jak Nysa, to milicyjna - ta z "dziobkiem". Ale dobra, bez politykowania. To przecież tylko odpowiednio wytłoczone płachty metalu.
Co jeszcze z tego zdjęcia wynika? Że nie potrafiłem jeszcze dobrze pomyśleć o kadrze. Inaczej "zgubiłbym" tę Syrenkę w tle. Chociaż teraz, po latach... wygląda całkiem nieźle. Wręcz rzekłbym: tajemniczo.

Produkcję Nys zakończono w 1994 roku, a Żuków w 1998. Te obydwa typy pojazdów znajdowały się podobnej kategorii wagowej. Zapewne zbyt prymitywne były to konstrukcje jak na nowe czasy. Zmiany muszą zachodzić. Dobrze jednak, że jest możliwość zatrzymania w kadrze przeszłości. Chociaż w przypadku Żuka, całkiem przypadkowo, odkryłem jego drugie życie.

Oglądam sobie ja niedawno reklamę w zagramanicznej telewizji i... coś mi jakiś znajomy widok przemknął w jednej z reklam. Odnalazłem ją w zasobach "tuby". Żuk jak malowany (a reklama współczesna). No właśnie: malowany...


No chyba budżet reklamy nie był zbyt wypasiony - pomyślałem sobie, patrząc na nieudolnie pomalowane felgi ("paka" też już ledwo się trzyma, co widać w pierwszych kadrach). Ale auto przeszło po raz kolejny do historii, więc nie ma co narzekać. Taki "come back" po latach na światowe ekrany się liczy.



Do jakiegoż to kraju to nasze cudo zajechało? Nie mam pojęcia, choć obstawiam południową Europę. Taki Żuk to i tak lepsza fura niż widoczny obok niego trójkołowiec, prawda?


No i znowu przypadek przedłużył wpis. Okazuje się, że takie Żuki (i Nysy też) pchają się wszędzie. Nawet na rajdy. Zupełnie mi do tej pory nieznany "Złombol", w którym to rajdzie mogą brać udział: "tylko samochody komunistycznej koncepcji lub produkcji do orientacyjnej wartości nabycia 1.000 zł. W przypadku pojazdów z okresu przełomowego (1990) liczy się historyczne powiązanie z komunizmem pod kątem technicznym". Produkty zgniłego zachodu nie są dopuszczone do udziału. I dobrze im tak!
W zeszłym roku trasa rajdu wiodła z ziemi polskiej do Turcji (tu relacja Żuków Gnojarzy). W tym roku wybierają się te wynalazki motoryzacyjne naszego "bloku" na poszukiwania potwora z Loch Ness. Nie jest jeszcze z tymi "złomami" tak źle, skoro w zeszłorocznym rajdzie na 121 startujących załóg, do mety w Istambule dotarło 107. Jak wyglądał start możecie zobaczyć tutaj.

No i tak to z jednego zdjęcia, z jednej zobaczonej przypadkiem reklamy, wpis po raz kolejny rozrósł się i poszedł w swoją nieprzewidywalną stronę. A co z tytułowym "Fiat Luxem"?


*  *  *  *  *  *  *

Dodatek muzyczny: Fiat Lux - Secrets
Może dla wielu z was (muszę raz sprawdzić listę obecności, aby się o tym przekonać, ilu was tu jest?) dodatek będzie zaskoczeniem. Taka przesłodzona ballada z 1984 roku. Początkowo miał być ich utwór Photography, który pasowałby mi tu idealnie, ale nie znalazłem go, więc niejako w zastępstwie jest ten załączony. Również zaskoczeniem może być fakt, że piosenka ta zaistniała w audycji "MiniMax" i w 1984 roku była wybrana przez słuchaczy jako "jedno z najważniejszych 30 nagrań roku" - jak to powiedział w jednej z audycji w 2001 red. Kaczkowski. Mam na to zataśmowane dowody.


 
1 , 2 , 3