| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
Czasem zajrzę
Inne miasta
Odpad poprodukcyjny
Ściągawki
Wieki temu
Wpisy udźwiękowili...
Wapniak na świat spogląda

Artefakty

środa, 04 kwietnia 2012




W rzeczywistości kiosk wygląda gorzej, niż na zdjęciu

Przegapiło się likwidację mleczarni, więc baczniej obserwuję potencjalne obiekty do odstrzału. Taki na przykład kiosk-widmo, który nie dodaje uroku okolicy nieistniejącej wytwórni zapomnianego w dzisiejszych czasach mleka w woreczkach.


Zdj. Wikipedia

Tak mi się bynajmniej wydawało, że mleko w woreczku to już dawno zapomniany przeżytek. Okazało się niedawno, że zbyt szybko pogrzebałem ten rodzaj opakowania... Można jeszcze (tylko na prowincji?) kupić to "nasze polskie".





*  *  *  *  *  *  *

Miało być coś o drodze mlecznej, ale wyszło coś zupełnie przeciwnego - "black sun in white world"...

Dead Can Dance - Black Sun








środa, 13 lipca 2011


Nie od dziś wiadomo, że faceci to wieczni chłopcy. Udowadnia to trwająca obecnie wystawa w Gdańsku pod nazwą "Dlaczego nie klocki lego?", na której można zobaczyć różnego rodzaju urządzenia wykonane z tych klocków.





Wróćmy jednak na ziemię, czyli do spoglądania wstecz. Pamiętam, że na polskim rynku w czasach minionych były dostępne w założeniu podobne klocki do tych z Lego - nie mam pojęcia jakiej produkcji (krajowej?) - ale wydaje mi się, że można było z nich właściwie robić tylko domy, bo miały takie gotowe elementy jak okna, balkony i dachy. Tych, którzy chcieli zbudować coś w stylu urządzeń prezentowanych na filmie, musiał zadowolić zestaw składający się z metalowych elementów. Nazywał się on najprawdopodobniej "Mały konstruktor", bo po wpisaniu takiego hasła w wyszukiwarce (z dodatkiem 'prl') znalazłem zdjęcia takich zestawów, które były do sprzedania na Allegro.
Wydaje mi się jednak, że tak jak w czasach minionych, tak i teraz takie "zabawki" z klocków lego, to nie są nadal na każdą kieszeń - zmroziła mnie informacja, że na stworzenie skomplikowanych maszyn z klocków lego trzeba przeznaczyć od dwóch do dziesięciu tysięcy złotych?!

Skoro kiedyś nie wszystko było dostępne, to trzeba było sobie te braki nadrobić w swoim zakresie. Z pozoru zadanie niewykonalne, ale od czego był własny pomyślunek, w tak zwanych szarych czasach.




To był ostatni model Jelcza wyprodukowany już ponad 30 lat temu w domowej montowni, całkowicie bazującej na bloku technicznym i butaprenie. Można powiedzieć, że ten widoczny na zdjęciu okaz, to taki model pokazowy. Dla muzeum, wykonany po zakończeniu właściwej produkcji. I właśnie ten model, jako jedyny, zachował się gdzieś w zakamarkach szaf. Nie miały te modele za zadanie być kopią prawdziwych pojazdów, miały mieć tylko ogólny - rozpoznawalny - kształt ciężarówki. Produkcja seryjna (wzorem PRL-u) różniła się trochę od tej eksportowej "amerykańskiej" wersji. Nie było przezroczystych szyb, ani wewnętrznych elementów kabin. Reszta była taka sama: obrotowe koła (tylne wzmacniane), blok silnika, sprzęgło, skrzynia biegów (wszystko oczywiście w zarysie), wał napędowy.

Przetrwaniu tego Jelcza sprzyjało to, że z założenia był on przeznaczony na 'ZN', czyli, stosując terminologię wojskową, na 'zapas nienaruszalny'. Wszystkie seryjne egzemplarze - a było tego trochę, bo liczba 117 na modelu oznaczała numer kolejny, ale tylko dla tego typu! - były przeznaczone przede wszystkim do zabawy i... różnego typu testów - głównie wytrzymałościowych. Duża część produkcji zakończyła żywot również przy "kontroli technicznej". Kontrola występowała, gdy kontroler przychodził do domu ze szkolnej wywiadówki i coś tam mu się nie podobało... Po okresie karencji - zazwyczaj około miesiąca - produkcja ruszała ponownie pełną parą i wkrótce tabor był odbudowany.

Były jeszcze rozpoczęte próby skonstruowania czegoś bardziej skomplikowanego. Był już gotowy silnik z ruchomym korbowodem i tłokami (wszystko z papieru), który był napędzany silniczkiem od jakiejś zabawki, ale... człowiek podrósł i głupoty wyszły mu z głowy.

Dziś raczej dzieci i młodzież bazuje na wyrobach gotowych, dostępnych w sklepach, jeżeli w ogóle chce im się coś robić poza siedzeniem przed komputerem. No i może musiałbym w ten sposób zakończyć, gdyby nie "światełko w tunelu", jakie dojrzałem po wysłuchaniu jednej z radiowych audycji. "Przedszkole bez zabawek" - taki tytuł miał reportaż z jednego z przedszkoli, które jednak wbrew tytułowi, nie jest całkowicie pozbawione zabawek. Nie ma w nim jednak "zwykłych" zabawek. Takich ze sklepu. Dzieci muszą je sobie zrobić samemu, przynosząc z domów rzeczy, które zazwyczaj są wyrzucane do kosza. W tej zwykłej-niezwykłej placówce szare zamienia się w złote, bo zazwyczaj, te własnoręcznie wykonane - "śmieciowe" - zabawki dzieci cenią sobie najbardziej. No i proszę, kiedyś przymuszała do kreatywności codzienność, a dzisiaj niecodzienne przedszkole. Z pospolitości w elitarność. Świat zwariował...


*  *  *  *  *  *  *

Czy takim Jelczem można było wybrać się w magiczną, tajemniczą podróż? Z pewnością.

The Beatles - Magical Mystery Tour



niedziela, 12 czerwca 2011



Może to trudne dzisiaj do wyobrażenia, ale ja zabierałem kiedyś taką walizeczkę na kolonie. Dykta, drewno i stal... I dało się - bez kółek - targać to, mimo młodych lat.


Właściwie, to cały blog można zawrzeć w tytule dzisiejszego wpisu. I chociaż blog zachowuje się jak rzeka - meandruje między różnymi tematami podczas swego spoglądania wstecz, czym może nie raz zaskoczył tu zaglądających, to jednak prze w znanym sobie kierunku. Tak to już jednak jest z rzekami... Dziś również taki mały zaskok. Po pierwsze: zaryzykuję i zamiast linków, powklejam filmiki. Jak w przyszłości wszystko się rozjedzie - trudno.



Chociaż Gregv5 przy ostatnim wpisie wyprzedził moje zamiary (choć filmiki zapewne powszechnie są znane), to obejdzie się bez regulaminowej kary, bo najpierw trzeba by było... mieć regulamin! A takowego - póki co - nie ma. Powyższy filmik to też podróż w czasy, gdy przy odtwarzaniu niemego filmu tak naprawdę niewiele było widać, ale widać, że to Gdynia. No i słychać przyjemny terkot projektora.

Poza tym widać, przy okazji komentarzy pod filmem, jak wiele zepsuliśmy, przedstawiając wybiórczo epokę słusznie minioną. Jeden z komentujących napisał: "Super filmik! Tylko ciekawe kto w tamtych czasach miał kamerę? Albo za dolary z pewexu albo ubek jakiś..." No, ręce i nogi opadają, gdy czyta się takie słowa. Obojętne przy tym jest, czy to tak całkiem na serio, czy być może złośliwie. Takie nastawienie nie bierze się znikąd. Ale kto miał temu człowiekowi wyjaśnić, że najprostsze "ruskie" kamery "Łomo", czy też "Kwarc" (zresztą bardzo dobra na owe czasy, napędzana... sprężyną!) to nie Pewex. No przecież nie ci, którzy potrafią pisać tylko o occie i musztardówkach.


Proponuję jeszcze muzyczną podróż w czasie. Alan Parsons Project - Time Machine.




A gdyby tak przemieścić się w czasie, dajmy na to, o sto lat w przyszłość i spojrzeć wtedy na teledysk, to jakie komentarze byłyby pod nim? Być może: "ale denna rozdzielczość", "szkoda, że nie w 8D", i takie tam. Bo tak naprawdę wszystko można streścić z zdaniu: z kogo się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie! Ups! Rosyjska klasyka się kłania, a my tu w marszu na zachód przecież jesteśmy.


Tą walizeczką zapowiadam małą przerwę w prowadzeniu bloga. Tak powiedzmy do końca miesiąca. No i przy okazji - w ramach eksperymentu - postanowiłem wyłączyć konieczność logowania, aby dodać swoje trzy grosze pod wpisem. Nie wiem, czy to wyjdzie blogowi na zdrowie? Zobaczymy. Jednocześnie mam nadzieję, że przez ten czas trochę się stęsknicie za nowymi wpisami?

wtorek, 17 maja 2011


Co prawda lubię, gdy wpis mi się rozrasta w miarę zbierania do niego informacji, ale gdy on zaczyna mi się całkowicie rozjeżdżać... Nie, że skręca na boczny tor. Całkowicie się rozmija z początkowym zamysłem...



Obecnie w użyciu są modele... A skąd ja niby miałbym wiedzieć jakie są ich nazwy i jak je ułożyć według starszeństwa?

Ostatnio będąc w gronie znajomych rzuciłem hasło: komórki na stół! Pomyślałem, że ten przedmiot powszechnego użytku tak szybko się zmienia, nie tylko jeśli chodzi o funkcje, ale i wizualnie, że postanowiłem przeprowadzić eksperyment. Gdy spotkamy się w tym samym gronie za bliżej nieokreślony czas, to zobaczymy jakie zaszły zmiany.

No i już miałem wszystko w głowie ułożone, co do następnego wpisu dla potomnych. Miałem tylko dodać, że nie interesują mnie kolejne wodotryski, jakimi są nafaszerowane kolejne modele... No właśnie, już w zasadzie nie są to tylko modele telefonów, bo coś tam więcej potrafią te cacuszka, ale mnie to niewiele interesuje, bo to coś ma mi tylko pozwalać się komunikować z innymi w dowolnie wybranej porze dnia (nocy już nie bardzo) i miejscu. I tyle.

Już wszystko sobie w głowie poukładałem, a tu usłyszałem dzisiaj w radio o filmie opowiadającym o kopalniach kobaltu w Kongo, w których w nieludzkich warunkach pracują dorośli i dzieci, abyśmy mogli cieszyć się - między innymi - naszymi komórkami. Według opisu filmu "Krew w twoim telefonie" (tyt. org. "Blood in the mobile") znalezionego na tej stronie, nie bez patosu, jest opisane mniej więcej to samo co usłyszałem w audycji radiowej. Dobrze, że powstają takie dokumenty, które mają nam otwierać oczy na świat w którym żyjemy. Jednak trudno mi się zgodzić z tym, że w tym "niemoralnym, nielegalnym i tragicznym w skutkach przemyśle wydobywczym, uczestniczą wszyscy, którzy korzystają z telefonów komórkowych". To zwykłe naciąganie faktów. Nie można im zarzucić logiki, ale są zbyt daleko idącymi uproszczeniami.

Załóżmy, że miliony ludzi obejrzą ten film i otworzą im się oczy na ten nieludzki proceder. I co? Urządzimy sobie "dzień bez komórki"? Albo "tydzień bez komórki" na znak protestu? Bo zapewniam, że dłużej bez tej "zabawki" nie wytrzymamy z pewnością we współczesnym świecie (ja osobiście dałbym radę, ale mój pracodawca z pewnością tej ekstrawagancji nie będzie na dłuższą metę tolerował). Żyjemy w świecie pełnym zależności, na które nie mamy wpływu, a wybór jaki mamy jest tylko pozorny. Z drugiej strony: tak z ręką na sercu - kogo z nas tak naprawdę obchodzi, skąd się bierze kilka miligramów kobaltu do naszej komórki, albo w jakich warunkach powstaje kolejna koszulka "made in China"? Chcemy mieć coraz więcej i coraz taniej. Jednocześnie coraz mniejsze pole nam pozostaje dla wolnego wyboru, aby móc utrzymać się na powierzchni. Jeśli nawet uprzemy się nie brać na siebie "afrykańskiej krwi" i zrezygnujemy z tej całej nowoczesnej elektroniki, to w rezultacie znajdziemy się na marginesie życia społecznego. I nasza sytuacja będzie zbliżona do tych ludzi z Konga. A tego od siebie przecież nie oczekujemy, prawda?

W rzeczywistości, wysoko ponad naszymi głowami rozdawane są karty. I to są w dodatku karty znaczone. Możni tego świata po ataku na Nowojorskie WTC każą ludziom przez 10 lat uganiać się za człowiekiem-symbolem i świętują z wielką pompą jego zabicie, wydając na tą wieloletnią pogoń zapewne miliony dolarów. W tym samym czasie zginęło w wojnie domowej w Kongo kilka milionów ludzi (5 milionów w ciągu 15 lat) i nikt się nawet o tym nie zająknął. Dlaczego? Bo w tym przypadku biznes się kręci w odpowiednim kierunku. Surowce kupione. Po obróbce, w produkcie finalnym, przyniosą nabywcom krociowe zyski. Wtłoczone do Konga pieniądze za surowce i tak wrócą do obiegu, przeznaczone w dużej części na zakup przez ten kraj broni - oczywiście w trosce, aby nic nie zakłócało wydobycia surowców. I to całe zło dzieje się przez to, że kupiłem komórkę? Sory, nie dam sobie tego wmówić.


*  *  *  *  *  *  *

ABBA - The Name Of The Game

Dodatek pozostawiam takim, jakim miał on być zanim wpis mi się rozjechał. To miało być tak a propos tej gry planszowej, którą widać w teledysku, że niby teraz takie gry zastąpiły nam te dostępne w komórce. Ale zostawiam go w tej formie, bo co jest grane na tym świecie, to nietrudno zgadnąć, ale zawsze tak będzie, że ktoś sobie gra w ciepłym mieszkanku, a ktoś kopie kobalt...


niedziela, 22 sierpnia 2010




Dojeżdżanie do pracy na rowerze nie jest wynalazkiem ostatnich lat, jakby to mogło się niektórym dzisiaj wydawać, chociaż wcześniej było to bardziej spowodowane koniecznością niż wywołane modą na zdrowy tryb życia. W mojej pamięci "od zawsze" istnieje potężny (dość siermiężny w kształcie), pokryty rdzą stojak rowerowy przy stacji PKP Rumia i jak pamiętam zawsze był on przez kilku zapaleńców tego typu pojazdów używany.
Zazwyczaj oglądałem ten stojak z okien pociągu, ale dla potrzeb zdjęciowej dokumentacji musiałem tematowi przyjrzeć się dokładniej. No i po przyjrzeniu się z bliska ujawniła się historia pisana... kłódkami, które niczym pies wiernie czekają na swoje dwa kółka.


Tagi: PKP PRL
10:07, slawnw , Artefakty
Link Komentarze (1) »
wtorek, 17 sierpnia 2010


W niedzielnych telewizyjnych wiadomościach była podawana informacja o wypadku na strzeżonym przejeździe kolejowy - na szczęście obyło się bez ofiar. Pijana kobieta podniosła sobie opuszczoną rogatkę, wjechała na tory i gdy wyszła z samochodu aby otworzyć drugą... "Samochód do kasacji, kobieta trzeźwieje" - tak podawały media.

No i tak sobie pomyślałem, że jest to dobry pretekst do zamieszczenia kolejnego zdjęcia. Niech no by ta kobieta spróbowała podnieść te dawne rogatki. Zadanie niewykonalne. Ze względu na ich ciężar i system opuszczania. Teraz życie stało się prostsze...




Skoro przejazd kolejowy, to i nieodłączne czekanie na przejazd pociągu. Mimo woli przypomniała mi się piosenka nieistniejącej już australijskiej grupy Flash & The Pan - Waiting For A Train. Utwór stareńki - ma już swoje 27 lat - ale trzyma się. Trochę taki wakacyjny. Ciekawostką jest, że w składzie tej nowofalowej grupy był George Young, starszy brat Angusa i Malcolma, którzy zajęli się zupełnie innym brzmieniem muzyki, grając w zespole AC/DC.
Przenieśmy się zatem do roku 1983 i "poczekajmy na pociąg".




wtorek, 16 lutego 2010



W domowych "przydasiach" zachowała się książka wyglądem przypominająca jakąś podziemną bibułę. Jednak jest to jak najbardziej oficjalne wydawnictwo firmy Piotra Kosińskiego, Rock-Serwis z Krakowa, z początków jej działalności, datującej się od 1983 roku. Jak pamiętam, książka ta była dostępna w dwóch wersjach: w miękkiej oprawie i twardej. Tu prezentuję wersję wypasioną.




Pink Floyd - Psychodeliczny Fenomen - dziś, w dobie internetu, kolorowych czasopism z okładkami na wysoki połysk, może tylko budzić zdziwienie połączone z uśmieszkiem politowania, że ktoś chciał płacić za tego rodzaju wydawnictwo. Ale taka była ówczesna rzeczywistość, z ogarnięciem której dzisiejsza młodzież może mieć poważne problemy, spoglądając chociażby na dzisiejszą stronę Rock-Serwis. Ale nie martwcie się, młodzieży świata. I wasze wnuki z politowaniem będą patrzeć kiedyś na wasze dzisiejsze wypasione komórki, czy też MP-trójki, słuchając muzyki z kolejnego czegoś tam, lub... z wszczepionego w uchu czipa.

Wśród wielu rodzajów działalności, wspominanej dzisiaj firmy, jest opieka menedżerska na zespołem Quidam, to okrasimy dzisiejszy wpis ich utworem (tytułowym) z albumu SurREvival z 2005.



 
1 , 2