| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Czasem zajrzę
Inne miasta
Odpad poprodukcyjny
Ściągawki
Wieki temu
Wpisy udźwiękowili...
Wapniak na świat spogląda

Z Archiwum P.

poniedziałek, 02 kwietnia 2012





Przypadkowy wpis sponsorowany liczbą 999 - tyle komentarzy mi wyskoczyło od początku działalności bloga. Przypadkowe zdjęcie, na którym w tle widoczne są kioski. Ten z gazetami (toczący nierówną walkę z naturą o przetrwanie) i ten żółty - żyjący ze sprzedaży marzeń. A przed nimi kiosk z wirtualnym chlebem - takie "e.czywo". I tak sobie przypomniałem, że kiedyś poza ogólnokrajowym lotkiem, istniały jego regionalne odmiany, zwane grami liczbowymi. W rejonie gdańskim był to "Jantar". Gdzieś w pamięci brzęczą mi jeszcze nazwy: "Lajkonik", "Koziołki" i zapałkowa "Syrenka", które odpowiednio istniały w Krakowie, Poznaniu i Warszawie.
Tak mi się to jakoś dzisiaj przypomniało...


*  *  *  *  *  *  *


Z okazji 999. komentarza, utwór z jakby taką samą liczbą w tytule...

Iron Maiden - The Number of The Beast








środa, 29 lutego 2012




Przy ul. Abrahama nawet zimą robi się gorąco

Są takie chwile w życiu mężczyzny, kiedy bezradnie stoi wobec zastanego problemu, zdając sobie sprawę, że rzeczywiście pochodzi z innej planety niż kobiety. Po raz nie wiem już który zaznałem takiego wrażenia, stając oko w oko z szyldem "magiel gorący". Myślałem, że źle widzę, bo akurat płatek śniegu zawieruszył się w okolice mych powiek. Jednak gdy intruz wyparował, okazało się, że wzrok mnie nie mylił. Myślałem, że magiel to już zamierzchła przeszłość - u mnie bynajmniej nic tam się nie oddaje. No, ale może coś w domu dzieje się za moimi plecami, więc jak ten rasowy Marsjanin pytam: czy coś odnosimy do magla? Okazuje się, że jednak nie.

Poszperałem w necie. Wiele wątków można znaleźć z kluczowym pytaniem: "magiel - czy korzystacie?". Odetchnąłem - nie tylko ja jestem w temacie nie obeznany. Z pierwszej ze znalezionych dyskusji (bardzo oszczędna i krótka ona) wynotowałem sobie kilka charakterystycznych zdań. Znalazł się oczywiście ekspert od siedmiu boleści, który od razu wszystko spisał na straty: "magiel to jeden z większych bezsensów cywilizacji, dobrze, że już nie istnieją". Oj myli się ten człowiek bardzo. Choć magiel to już zapewne nisza rynkowa, to jednak takie - nieliczne - placówki trwają. Ktoś inny (taki sam znawca babskiego tematu, jak i ja) przytomnie zapytał: "To teraz się już nie chodzi do magla, czy co? Jak wy prasujecie poszwy, prześcieradła itp?". Dowcipnisia odpowiedziała: "Nie prasujemy, magli już prawie nie ma, więc na pogniecionych śpimy.". Było też bardziej fachowe wytłumaczenie: "Nie prasujemy. To się robi teraz z innego materiału, znacznie cieńszego i nie ma takiej potrzeby.".
To tak z grubsza. To w zupełności mi wystarczy. Kto jednak chciałby zgłębić tajniki spraw tych z Wenus (bo te sprawy trochę skomplikowane są) to może poczytać ten wątek. Ja wyczepiam. Swoją drogą, myślałem, że pojęcia takie jak: magiel, krochmalenie to już należą do słów wymarłych. A tu się okazuje, że nie. Przypomniała mi się jeszcze, że była taka usługa: "prężenie firan". Jest takie coś teraz, czy też "pogniecione zawieszacie"?



Zdj. z sieci, z nieustalonego bliżej miejsca (tej sieci).

Jak przez mgłę pamiętam magiel taki jak ten ze zdjęcia (o ile dobrze pamiętam, to za wykonaną usługę płaciło się od kilograma(?). Dla dzieciaka to była atrakcja. Coś się kręciło, wałki były przekładane, słowem: coś się działo. Jak człowiek podrósł i nie brano go tylko na widza, ale zaczął robić za tragarza, był to już tylko niechętnie wykonywany obowiązek domowy (coś jak wynoszenie śmieci). Podłość rodziców nie zna granic...



*  *  *  *  *  *  *

Dziś utworek leciutki (można śmiało słuchać, nie zaboli). Tak jak kaszmir - taka tkanina, znaczy się. Zespół Monaco wydał zaledwie dwie płyty, a było to dodatkowe zajęcie basisty New Order. Najbardziej znany z przeboju "What Do You Want From Me?". Takie sia la la przy maglowaniu...

Monaco - Kashmere








sobota, 18 lutego 2012




Coś na rozgrzewkę.


Często czytam komentarze "znafcuf", którym wydaje się, że znają czas PRL od podszewki. Zazwyczaj pomijam to wzruszeniem ramion, ale czasem nie wytrzymuję, bo zwyczajnie nóż w kieszeni mi się otwiera... Jednocześnie zastanawiam się, skąd ci ludzie wzięli sobie taki obraz czasów słusznie minionych? Z mediów? Od rodziców?

"Niestety w PRL nauka języka angielskiego była zarezerwowana dla wybranych, a reszta musiała poprzestać na rosyjskim" - taką opinię wyczytałem przy okazji analizy życiorysu jakiejś polskiej aktorki, która nie zrobiła kariery poza granicami naszej ojczyzny. Okazuje się, że byłem jednym z wybrańców, bo w latach 70. uczyłem się angielskiego. Niestety było to odpłatnie, ale jednocześnie nie była ta nauka zarezerwowana wyłącznie dla posiadaczy legitymacji partyjnych. Po prostu trzeba było chcieć. Tych "wybrańców" (w różnym wieku) było zresztą całkiem sporo, którzy za pośrednictwem - spółdzielni chyba - "Lingwista - Oświata" chcieli wiedzieć więcej. Parcie na język rosyjski było oczywiście faktem niezaprzeczalnym, ale nie przedstawiajmy jednak czasów PRL, jako totalnego zniewolenia rodem z Korei Północnej. Gdzieś trzeba zachować umiar w tej krytyce.

Tak samo mój niemy sprzeciw budzą słowa: czy się stoi, czy się leży... i tu wymieniano odpowiednią kwotę pieniędzy należącą się przy wypłacie. Słowa te w skrócie mają opisać ówczesny rynek pracy. I znowu nie wiem, czy po raz kolejny należałem do nielicznej grupy wybrańców, których wypłata w czasie PRL-u zależała od wykonanej pracy? Była jakaś podstawa, ale bez wykonania pracy właściwej, to wypłata była cienka. Oczywiście efektywność tej pracy nie była taka jak obecnie (nie chodzi tylko o czynnik ludzki, ale o dostępny sprzęt), ale była jednak różnica na kwitku od wypłaty w zależności, czy się "leżało", czy też "stało". A ci wszyscy, którzy pracowali na akord? Frajerzy, czy co? Pamiętam dobrze, jak pracownicy portu zapieprzali niczym roboty z motorkami na wysokich obrotach przy przeładunkach, bo mieli płacone od przeładowanych ton...

Nie przeczę, że były i takie miejsca, w których dostawało się pieniądze tylko za podpisywanie listy, ale apeluję od odrobinę rozsądku w przekazywaniu obrazu przeszłości kolejnym pokoleniom. I dziś bym znalazł takie posady, gdzie nie trzeba się wysilać w pracy, ale to już jest zarezerwowane dla wybrańców. Dla przykładu takich kilkunastu(?) prokuratorów, którym nie chciało się kilka miesięcy temu zmienić miejsca pracy i teraz my wszyscy musimy fundować im co miesiąc sześciocyfrowe wynagrodzenie za "bycie w dyspozycji". Wypisz wymaluj: czy się stoi, czy się leży... Ale to już nie dotyczy maluczkich, więc jest jak najbardziej ok. Albo jeszcze bardziej współcześnie: czy stadion stoi, czy stadion leży, premia się należy. Cóż, jakie czasy takie leżenie.



*  *  *  *  *  *  *

Perfect - Pepe wróć

W tle odwieczny spór: co to było "pepe"? Patykiem pisane, czy też piwo pełne?








czwartek, 26 stycznia 2012


Przez miesiąc będzie można oceniać kulturę osobistą kierowców i motorniczych komunikacji gdańskiej (art.). Oczywiście, jak to przystało na obecne czasy, za pomocą internetowej strony ZKM. Przypomniało mi to podobną akcję z przełomu lat 70/80, gdy wybierano najlepszego kierowcę trójmiejskiej komunikacji. Jednak cała tamta akcja wymagała od uczestników wysiłku, który byłby prawdopodobnie nie do udźwignięcia w dzisiejszych czasach. Trzeba było kupić gazetę, wyciąć z niej kupon i wysłać (po drodze kupić znaczek itp. trudności). O ile pamięć mnie nie myli, to wygrał wtedy kierowca linii 102, która przebiegała pomiędzy chylońskim dworcem PKP a rzeźnią. Ponoć przerąbana wtedy linia: krótka i wiodąca przez wiecznie zakorkowane przejazdy kolejowe na ul. Puckiej. A pamiętać trzeba, że w owych czasach "ogórki" nie miały automatycznych skrzyń biegów. Chociażby ze względu na ten drobiazg konstrukcyjny, szczerze podziwiam tamtych kierowców, którzy nieźle musieli się napedałować przez dniówkę. I pewnie żadnym pocieszeniem dla nich nie mogło być stwierdzenie: duży może więcej!



Duży może więcej w odmianie warszawskiej. Zdj. ze zb. NAC.

Mniejsza jednak o wyniki plebiscytu i ważność rozmiaru. To był tylko pretekst do zadania sobie samemu pytania (w świetle nieuchronnie zbliżających się "aktów", czyli ACTA). Czy zamieszczenie tego zdjęcia kwalifikuje mnie do grona przestępców nie szanujących praw autorskich?
Przez chwilę załóżmy, że rzecz dzieje się wiele lat temu w realnym świecie. Poszedłem do biblioteki, obejrzałem album ze zdjęciami, poprosiłem o skserowanie strony ze zdjęciem i pokazałem je kumplom z bloku. Wydaje się, że w takim przypadku nikt by nie poszedł "siedzieć".
A teraz całą sytuację przenoszę do wirtualnego świata. Odwiedziłem wirtualną bibliotekę NAC, skopiowałem zdjęcie i właśnie pokazuję je "kumplom", czyli czytelnikom bloga. Świat poszedł naprzód, więc sposób pokazywania też się zmienił. W obydwu przypadkach grosza z tego nie mam, tylko czas swój poświęciłem.

We wpisie daję linka do oryginału, więc nie podszywam się za autora zdjęcia. W sumie tylko oszczędzam zaglądającym "wysiłku" kolejnego kliknięcia. Blog prowadzę na użytek własny. Nie czerpię z niego materialnych korzyści. Zakładam więc, że jestem facet, któremu nie grozi konflikt z ACTA (choć nie mam takiej pewności). No ale gdybym, dajmy na to, czerpał korzyści z reklam zamieszczanych na blogu...? Czy w takim wypadku można by mi zarzucić, że zdjęcie zamieściłem w celu uatrakcyjnienia wpisu, co miało na celu zwiększenie klikalności, a tym samym zwiększenie wpływów z reklam (co przekreśla hobbystyczne pojęcie: "użytek własny")???
I tu mamy pole do popisu dla swobodnej interpretacji przepisów...



*  *  *  *  *  *  *

Ale skoro mają mi coś zarzucić, to pojedziemy po całości i popiratujemy muzycznie.

The Beatles - Ticket To Ride








P.S. A co z dodatkiem zapałczanym? Ktoś jest autorem tego, ale kto? Fabryk nie ma...
      To się porobiło. Woda na młyn prawnikom.
wtorek, 17 stycznia 2012


Impulsem do dzisiejszego wpisu stała się wiadomość o proteście pracowników łódzkiego zakładu Coca-Coli (art.). Zdarzenie z punktu widzenia całego kraju o niewielkim znaczeniu - dotyczy zaledwie 160 osób. Pomimo tego, że dla tych osób jest to zapewne życiowy problem numer jeden, podchodzę do tego dość obojętnie, gdyż gdy likwidowano "mój" oddział PKS-u nikt się nade mną nie rozczulał. Sam musiałem się o siebie (i swoją rodzinę) zatroszczyć. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. Takie życie, więc wybaczcie pracownicy łódzkiego oddziału, ale z tej okazji zebrało mi się na kilka słów wspomnień nie do końca związanych z artykułem, choć wpis dotyczy tytułowej firmy.



Cola rozlała się po całym kraju. Zdjęcie z archiwum: dworzec Łódź Fabryczna to już historia. Łódzka Coca-Cola też?


Całe moje życie zawodowe spędzam na "kierowniczym stanowisku", lub jestem - jak to mi kiedyś "życzliwa" osoba mi uświadomiła - zaledwie "kierowczyną", przy okazji dodając, że kierowcą to każdy być może. Patrząc na ulice naszych miast zalanych samochodami, którymi nie mogą przecież kierować sami wybrańcy z wyjątkowymi zdolnościami, mogłoby się to zgadzać. Tyle że nie każdy chciałby pracę kierowcy zawodowego wykonywać. Wbrew pozorom, nie jest to lekki sposób zarobienia na kawałek chleba (-a co ty niby takiego robisz w tej pracy? tylko siedzisz i jedziesz). Nie narzekam jednak na swój wybór - choć zdarzały się chwile, gdy człowiek miał wszystkiego serdecznie dosyć - bo przede wszystkim nie jest to nudne zajęcie. Codzienne odbijanie karty przy bramie wejściowej zakładu, to nie dla mnie. A już praca przy taśmie, to już jakiś horror byłby. Śmierć natychmiastowa. No ale żeby tę z założenia nie nudną pracę jeszcze sobie urozmaicić, to często zmieniałem pracodawców (nazwijmy to: zdobywałem doświadczenie). Dzięki temu poznałem wiele zakładów pracy od środka, w tym i dzisiejszego bohatera wpisu.

Zaledwie rok tam przepracowałem, choć już po kilku miesiącach pracy wiedziałem, że to była pomyłka życiowa. Jednak w tamtych czasach (wspomnieniami cofam się o 20 lat), trzeba było przepracować pełen rok, aby otrzymać płatny urlop, więc przecierpiałem i swoje wyciągnąłem. Chociaż przez ten czas wyroby koncernu niewiele się zmieniły (zmieniały się za to intensywnie nazwy "właścicieli", dziś to jakiś "Hellenic Polska"), to obraz pracodawcy przez te dwie dziesiątki lat zmienił się nie do poznania. Obecnie: bida z nędzą. I nie mogą tego mojego obrazu zmienić jakieś tam nagrody, przyznawane w ramach towarzystw wzajemnej adoracji, które zauważają , że firma: "zapewnia godne warunki pracy, wspiera rozwój gospodarczy i społeczny" (to można wspierać rozwój gospodarczy likwidowaniem zakładu???).
Ależ to było na początku na bogato. Cały parking gdyńskiej rozlewni zastawiony mrowiem służbowych - nowiutkich, czerwonych - volkswagenów (dyro zasiadał za sterami mercedesa), zastępy kierowców-sprzedawców w nieskazitelnie czystych białych koszulach, skrytych pod zielonymi uniformami, raźno zapieprzały, pchając wózki z napojami, na które czekała spragniona Polska. Później doszły do tego "oddziały szturmowe" - tak zwani przedsprzedawcy, którzy nakłaniali do zakupów, zbierając jednocześnie zamówienia. Dziś to już odległa przeszłość (szczątki parku samochodowego zobaczysz tu). Amerykański sen na naszym gruncie się nie sprawdził - trzeba było szybko zejść na ziemię ze zbyt optymistycznymi planami. Faktem jest, że na początku bardzo byliśmy spragnieni poznawania smaków, których nie było nam dane spróbować za PRL-u. Jak wielkie było to pragnienie mogłem naocznie przekonać się, gdy ukazała się - w plażowym klimacie - telewizyjna reklama Fanty. To naprawdę działa! Napój, który przed emisją reklamy sprzedawał się tak sobie, nagle stał się produktem numer 1, spychając na dalszy plan nawet sztandarowy produkt - klasyczną colę. Po tygodniu, zaczęło już brakować towaru w magazynach...

Dziś już wiele rzeczy nam spowszedniało, choć nadal jesteśmy pod działaniem reklam, nawet jeśli idziemy w zaparte, twierdząc, że to nas nie dotyczy. A sama Coca-Cola nie ma już posmaku niedostępnego zachodu. Być może wynikiem tego spowszednienia produktu, jest sytuacja łódzkiego zakładu. Piszę "być może", bo diabli wiedzą, co tam korporacje kombinują. Na chłopski rozum, to chyba koszty transportu są mniejsze, gdy rozprowadza się towar z centralnego punktu kraju, niż na przykład z "kącika": zakład w Niepołomicach koło Krakowa? Nie przez przypadek w rejonie centralnej Polski (Łódź - Tomaszów Mazowiecki) powstały wielkie centra dystrybucyjne wszystkich wiodących sieci marketów. No ale co jak tam, malutki żuczek, mogę wiedzieć o świecie wielkich korporacji.


*  *  *  *  *  *  *

Pozostańmy muzycznie w oparach Coca-Coli. Wiśniowej, która u nas furory nie zrobiła.


Eagles of Death Metal - Cherry Cola









wtorek, 13 grudnia 2011





Chociaż blog wyznaje konieczność pamięci doniosłych dla historii kraju wydarzeń, jakim niewątpliwie było wprowadzenie stanu wojennego w 1981 roku, to jednocześnie rezerwuje sobie prawo do spojrzenia wstecz w odmienny sposób od powszechnie przyjętego - tak jak to zrobiłem rok temu. Dziś chodzi mi o późniejsze - poboczne - konsekwencje wprowadzenia tego stanu w Polsce.




W jednym z ostatnich wywiadów z Katarzyną Pakosińską (ta z kabaretu z zaraźliwym śmiechem) można było przeczytać taki oto opis pewnej grupy mężczyzn - 40-latków: "...siedzimy z koleżankami w pubie, obok - nasz rówieśnik. Łysiejący, ale całkiem urodziwy. Tyle że jest z 20-latką i gada jej farmazony!! Że walczył bohatersko z komuną i jako szesnastolatek wysadzał Jaruzelskiemu komitety partii. No, ręce opadają. Ona - wpatrzona. Bo skąd ma dziewczyna wiedzieć, że to bzdury, jeśli jej na świecie wtedy nie było".


Wrócę teraz do osobistych wspomnień sprzed sierpnia '80, które pozornie nie mają nic wspólnego z poprzednimi słowami z wywiadu. Są one jednak takim katalizatorem ciągu wydarzeń.

Pewnego razu kierownik warsztatów szkolnych, który był jednocześnie opiekunem mojej klasy szkoły zawodowej, zapragnął, aby cała klasa zapisała się do ZSMP (dla niewtajemniczonych: Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej). Wszyscy, bez wyjątku - tak sobie wymyślił. Na zachętę, roztaczał przed nami wizję świetlanej przyszłości: bilety na imprezy, wycieczki, itp. farmazony, jaka mogłaby być naszym udziałem, gdy tylko wstąpimy w szeregi tej organizacji. Wszyscy wyrazili zgodę, oprócz mnie i jednego z klasowych kolegów. Opór mój nie wynikał z chęci obalania systemu, ale ze świadomości, że powinienem w ten sposób pokazać (raczej tylko sobie), że nie po drodze mi z taką organizacją. Pamiętam, że byliśmy z kolegą dumni ze swoich decyzji, choć wielu nam wypominało, że stajemy w poprzek klasie. Gdy myślałem, że już po sprawie, jednak zostaliśmy wezwani pojedynczo przed oblicze kierownika. Ku mojemu zdumieniu, leżała na jego biurku moja legitymacja członkowska ZSMP (ze zdjęciem, którego nie dawałem przecież), gotowa do podpisania. Powiedziałem, że jej nie podpiszę i koniec. Chwilę jeszcze trwały nieskuteczne próby przekonania mnie do zmiany decyzji... Znowu chodziłem dumny jak paw ze swojej decyzji: przecież dałem odpór komunie! Dopiero po latach dotarło do mnie, że zbyt łatwo ten mój aktywista odpuścił sobie i najprawdopodobniej podpisał "w moim imieniu" ową legitymację. Być może gdzieś ona istnieje??? I gdybym w dzisiejszych czasach doszedł do jakiegoś eksponowanego stanowiska, to mogłaby ona być teraz użyta przeciwko mnie, niczym "dziadek z Wermachtu". Dziś jestem pewien, że byłem - nieświadomym - członkiem tamtej organizacji. A może powinienem napisać: tej organizacji(?), bo ona nadal działa?!?




Moje szkolne wspomnienia nie miałyby nic wspólnego z przytoczonym na wstępie fragmentem wywiadu i tytułową "produkcją styropianu", gdyby nie dopisane przez życie swoiste P.S. Któż bowiem wyjechał po stanie wojennym z Polski, jako prześladowany politycznie więzień sumienia? Tak tak... "Mój" nadgorliwy kierownik, sumienny działacz ZSMP!

Oczywiście nie neguję, że było wiele osób, które będąc represjonowane, zmuszone były do wyjazdu z kraju, ale tyle "styropianu" to myśmy w całym okresie PRL nie wyprodukowali... Z mojego najbliższego otoczenia (koledzy z klasy, bloku, pracy) zebrałbym sporą gromadkę ludzi, którzy wyemigrowali do Niemiec, Austrii, Kanady, Australii, zasilając statystyki wyjazdów więźniów sumienia. Nie rozwalali oni Jaruzelskiemu komitetów partii - jak to określiła Pakosińska, ani nawet nie nosili oporników na piersiach. W dużej części (nie podejmę się określenia, w jak dużej) były to wyjazdy "za chlebem", do lepszego świata, które nie różniły się niczym, od ostatniej fali emigracji zarobkowej. Dziś, stanowczo zbyt wielu ludzi robi z siebie bohatera tamtych czasów. Im ich więcej się pojawia, to tym bardziej cenię takich skromnych, cichych bohaterów, których zapewne mijamy codziennie na ulicy. Takich jak człowiek zaproszony na przewracanie "klocków domina" w stoczni gdańskiej kilka lat temu. Spał na styropianie obok Wałęsy, ale nie zrobił kariery politycznej, nie przytył, nie wyjechał z kraju...



*  *  *  *  *  *  *

Frankie Goes To Hollywood - War







poniedziałek, 07 listopada 2011




Człowiek zajęty jest czasem tak bardzo swoimi sprawami, że po długim czasie zauważa, że coś jest nie tak. I dopiero jakaś audycja, czy też artykuł mu uzmysłowi, że znowu coś przespał. No i właśnie niedawno odsłuchany reportaż w radiowej "Trójce" uzmysłowił mi sam fakt i powód, że znikają (lub całkiem już zniknęły?) budki telefoniczne. Przegapiłem fakt, że tylko do 9. maja Telekomunikacja miała obowiązek utrzymywania tego typu urządzeń (niepotrzebnych już, ze względu na wszechobecne komórki).
Nie wiem, czy taki egzemplarz, jaki widać powyżej, to zalicza się również jako budka telefoniczna i też z czasem zniknie? Właściwie to to zdjęcie było zrobione "dla jaj", a nie w celu zachowania dla potomności widoku budki telefonicznej (którą zresztą słabo widać). Takie skojarzenie: jak zabraknie łączności, to można wysłać gołębia... Jakby ktoś miał namiar na istniejącą jeszcze pełnowymiarową żółtą budkę, to niech da cynk.



Zdj. archiwum NAC (Warszawa rok 1958).

Powyższe budki (chyba wyłącznie w kolorze zielonym) to zamierzchła przeszłość, z czasów, gdy mało kto w ogóle miał telefon w domu, a rozmowy na dalsze dystanse trzeba było zamawiać...
Pozwolę sobie przy okazji wspomnieć mały epizod związany z jedną z takich budek. Było to tak dawno temu, że mam nadzieję, że jeśli nawet wtedy było moje postępowanie niezgodne z prawem, to dawno czyn się ten przedawnił...
Za czasów służby wojskowej, człowiek tęsknił za rozmową z bliskimi, ale wysłany gdzieś daleko od stron rodzinnych, nie miał zbyt wiele pieniędzy na prowadzenie rozmów. Więcej się wtedy pisało listów, głównie z prostego względu, że łatwiej można było wygospodarować chwilę czasu na to. Ale pewnego dnia jeden z towarzyszy niedoli sprzedał informację (chyba to flaszkę kosztowało(?) - taka uniwersalna waluta w owych czasach), jak można dzwonić za darmo z takiego automatu. Żadne tam chamskie traktowanie telefonu. Nic z tych rzeczy. Pełne "białe rękawiczki". Otóż nasz informator, który służył w wojskach łączności, wyjawił nam sekretny czterocyfrowy numer. Po jego wykręceniu (wtedy jeszcze numery się kręciły) wybierało się właściwy numer i bez przeszkód i - co najważniejsze wtedy było - bez kosztów rozmawiało do woli. Wtedy mętnie nam tłumaczył, że ta czterocyfrowa kombinacja została stworzona dla "wyższych sfer" aby nie musiała szukać po kieszeniach złotówki w razie godziny 'W'.
Na swoje usprawiedliwienie dodam, że ów numer miał wiele lat temu - w kluczowym momencie - decydujące znaczenie dla losów przyszłego mojego związku małżeńskiego (który trwa do dziś), więc kraj nasz w ogólnym rozrachunku nie stracił...


*  *  *  *  *  *  *

Dzisiejszego wyboru nie trzeba tłumaczyć?

ELO - Telphone Line (live)







 
1 , 2 , 3 , 4