| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Czasem zajrzę
Inne miasta
Odpad poprodukcyjny
Ściągawki
Wieki temu
Wpisy udźwiękowili...
Wapniak na świat spogląda
czwartek, 01 marca 2012






Tak stanąwszy przed powyższym oknem przy jednym z budynków przy ul. Jana z Kolna, tak naszło mnie pytanie: kto z młodzieży tego świata będzie w stanie odszyfrować, co znaczy owo tajemnicze CPLIA? Robi się nam powoli żywy skansen, prawda?




Odłamkowym ładuj!?

Jeszcze w temacie żywego skansenu. Szybko zdobywa popularność filmik z patentem na jednej ze stacji Łukoil w Rosji. W jednym z miejsc, gdzie czas płynie wolniej. Śmiech przez łzy... Kadr z filmu zostawiłem na pamiątkę, gdyby kiedyś filmik wcięło.



*  *  *  *  *  *  *

Chciałem dołożyć, jakiś utwór rosyjskiego zespołu Kino, który już na blogu zaistniał. Długo zastanawiałem się, czy załączyć w ogóle link do występu na żywo... W pierwszych sekundach chciałem od razu ten badziew wyłączyć. Bo przede wszystkim jakość do duszy i pierwsze obrazy rozczarowują, a w ogóle to później okazuje się, że urwany bez sensu ten filmik. Ale zdecydowałem się jednak... ze względu na siebie, bo z każdym taktem wszystko stawało się... takie romantyczne. Prawdziwe objazdowe kino. Te głośniki na ciężarówkach, widzowie na balkonach wieżowca... Taki zapomniany klimat... I ta myśl: ile trzeba mieć zapału w sobie, aby wędrować w ten sposób ze swoją muzyką...

Kino - Zamknij za mną drzwi


Jeszcze przy okazji ładowania odłamowym... Już z płyty. Na osłodę, być może marnego koncertu...

Kino - Ostatni bohater


środa, 29 lutego 2012




Przy ul. Abrahama nawet zimą robi się gorąco

Są takie chwile w życiu mężczyzny, kiedy bezradnie stoi wobec zastanego problemu, zdając sobie sprawę, że rzeczywiście pochodzi z innej planety niż kobiety. Po raz nie wiem już który zaznałem takiego wrażenia, stając oko w oko z szyldem "magiel gorący". Myślałem, że źle widzę, bo akurat płatek śniegu zawieruszył się w okolice mych powiek. Jednak gdy intruz wyparował, okazało się, że wzrok mnie nie mylił. Myślałem, że magiel to już zamierzchła przeszłość - u mnie bynajmniej nic tam się nie oddaje. No, ale może coś w domu dzieje się za moimi plecami, więc jak ten rasowy Marsjanin pytam: czy coś odnosimy do magla? Okazuje się, że jednak nie.

Poszperałem w necie. Wiele wątków można znaleźć z kluczowym pytaniem: "magiel - czy korzystacie?". Odetchnąłem - nie tylko ja jestem w temacie nie obeznany. Z pierwszej ze znalezionych dyskusji (bardzo oszczędna i krótka ona) wynotowałem sobie kilka charakterystycznych zdań. Znalazł się oczywiście ekspert od siedmiu boleści, który od razu wszystko spisał na straty: "magiel to jeden z większych bezsensów cywilizacji, dobrze, że już nie istnieją". Oj myli się ten człowiek bardzo. Choć magiel to już zapewne nisza rynkowa, to jednak takie - nieliczne - placówki trwają. Ktoś inny (taki sam znawca babskiego tematu, jak i ja) przytomnie zapytał: "To teraz się już nie chodzi do magla, czy co? Jak wy prasujecie poszwy, prześcieradła itp?". Dowcipnisia odpowiedziała: "Nie prasujemy, magli już prawie nie ma, więc na pogniecionych śpimy.". Było też bardziej fachowe wytłumaczenie: "Nie prasujemy. To się robi teraz z innego materiału, znacznie cieńszego i nie ma takiej potrzeby.".
To tak z grubsza. To w zupełności mi wystarczy. Kto jednak chciałby zgłębić tajniki spraw tych z Wenus (bo te sprawy trochę skomplikowane są) to może poczytać ten wątek. Ja wyczepiam. Swoją drogą, myślałem, że pojęcia takie jak: magiel, krochmalenie to już należą do słów wymarłych. A tu się okazuje, że nie. Przypomniała mi się jeszcze, że była taka usługa: "prężenie firan". Jest takie coś teraz, czy też "pogniecione zawieszacie"?



Zdj. z sieci, z nieustalonego bliżej miejsca (tej sieci).

Jak przez mgłę pamiętam magiel taki jak ten ze zdjęcia (o ile dobrze pamiętam, to za wykonaną usługę płaciło się od kilograma(?). Dla dzieciaka to była atrakcja. Coś się kręciło, wałki były przekładane, słowem: coś się działo. Jak człowiek podrósł i nie brano go tylko na widza, ale zaczął robić za tragarza, był to już tylko niechętnie wykonywany obowiązek domowy (coś jak wynoszenie śmieci). Podłość rodziców nie zna granic...



*  *  *  *  *  *  *

Dziś utworek leciutki (można śmiało słuchać, nie zaboli). Tak jak kaszmir - taka tkanina, znaczy się. Zespół Monaco wydał zaledwie dwie płyty, a było to dodatkowe zajęcie basisty New Order. Najbardziej znany z przeboju "What Do You Want From Me?". Takie sia la la przy maglowaniu...

Monaco - Kashmere








poniedziałek, 27 lutego 2012


Blog mój taki przewidywalny...

Dlatego z wielką nieśmiałością robię skoki w bok, ale jest okazja. Oscary jako takie mnie nie interesują, ale mimo woli człowiek wie co w trawie piszczy. No i okazuje się, że teraz wszyscy mnie papugują. Spoglądają wstecz, za co dostają nagrody, połączone z wielką kasiorą. Ledwo zachłysnęliśmy się trójwymiarem... A tu z wielką pompą wyrywa sporo złota dla siebie... film niemy i czarno-biały! Swoją drogą, kto ma chęć na oscarową statuetkę musi się spieszyć - ponoć już za 12 lat nie będzie skąd wygrzebywać złota (takie rewelacje ostatnio czytałem). No i w myśl zasady: nic dwa razy się nie zdarza, podarujcie sobie robienie kolejnego tego typu filmu. Raz się przytrafiło i wystarczy.

Ludzkość zblazowana tymi wszystkimi kolorami w wielu wymiarach, wciąż szuka czegoś wyjątkowego dla siebie. No i znalazła. Coś zapomnianego, wiele lat temu wyrzuconego na śmietnik historii. Dla mnie to żadna nowość, więc oglądanie tego filmu sobie podaruję. Przez wiele lat (1967 - 1999) w niedzielne przedpołudnia można było zobaczyć tę czołówkę."W starym kinie" można było zobaczyć sporo filmów: i niemych, i czarno-białych, więc teraz to dla mnie żadne wielkie halo.


Jednak nie o takiego absurdalnego Oscara mi chodziło. Bardziej o taki blogowy odpowiednik nagrody (skrojony na naszą miarę). Co prawda już dawno po kolejnych wyborach "Bloga roku", ale ja zawsze przecież wstecz spoglądam... Cieszy mnie to, że jeszcze dostrzegane są blogi z Bloxa, choć większość jego użytkowników widzi, że platforma owa pada na pysk i tylko jeszcze potrafi zauważyć swoich kolegów, promując ich zawzięcie. Tym samym administracja - jeśli w ogóle obecnie taka jest(?) - pokazuje reszcie, w jak głębokim poważaniu ją ma. Nie dziwi mnie więc fakt, że i laureatów tegorocznej edycji Blox ma gdzieś, pomijając wszystko milczeniem. I tak przy okazji oscarowej gali, postanowiłem wspomnieć, że 6 blogów otrzymało nominacje do głównych nagród w swoich kategoriach, a jeden zwyciężył w kategorii "Absurdalne i offowe". W skrócie nazywany był: "Mam wątpliwości", ale jak przystało na absurdalny blog, ma on dużo bardziej skomplikowany tytuł. Tu relacja z rozdania nagród w wydaniu autorki zwycięskiego bloga.

 


Jak tylko najdzie mnie myśl o udziale w konkursie, mówię sobie: wyhamuj, wygrasz jeszcze i narobisz sobie kłopotów. Zaczną się wywiady, flesze zaczną błyskać... A ty taki niefotogeniczny jesteś i na dodatek niewygadany. Daj sobie na luz.




*  *  *  *  *  *  *

Skoro wyróżniony blog z typu absurdalnych, więc pojedziemy już po całości. Co prawda teledysk jak najzupełniej a propos, ale absurdalny w treści. Tak jak i zdjęcia, nie mówiąc już o zapałkach...

Mogwai - Stanley Kubrick







niedziela, 26 lutego 2012




Koty na ul. Żeromskiego. Drugi nie chciał współpracować, ale z łatwością można go zlokalizować.


Tak obserwując zmieniającą się wokół nas rzeczywistość, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że tak naprawdę, to nie wiemy skąd przychodzimy, dokąd zmierzamy? I to wszystko przy okazji czytania kolejnych wywodów w sprawie tak drażliwej jak ACTA - przebój ostatnich tygodni. Oczywiście punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. A to zaraz gdy pojawi się głos: "Nie stać cię na film? To nie kupuj. Ale nie kradnij! (art.), to zaraz ktoś ripostuje: "Proszę nie nazywać mnie złodziejem! (art.). Szczerze mówiąc mam z tego niezły ubaw, bo niby wszyscy tacy są zatroskani o tą ostatnią ostoję wolności słowa, ale tak naprawdę wszystko sprowadza się do ściągania muzyki, filmów itp. No nie czarujmy się. Nikt nie chce się nawet przed samym sobą przyznać, że go po prostu nie stać na wszystkie błyskotki tego świata. A oczy chcą... I jedynie może a darmo ściągnąć sobie jakiś "kawałek" z netu. Tak na osłodę, bo niewielu może identyfikować się z rewelacjami: "Polacy pokochali luksus i bogacą się na potęgę" (art.). Dzisiejszy człowiek, z każdej strony atakowany jest reklamami: kup to, kup siamto, kup owamto; no przecież jesteś tego warty(a)!. Chce to wszystko  mieć. Wiele z tych rzeczy już może przecież mieć zaledwie "za złotówkę", a jeśli nie, to już "co drugą gratis". I co? Dopiero po czasie okazuje się, że są jakieś ukryte koszty, które chcąc nie chcąc musi ponosić. No i współczesny homo sapiens, jak już zatankuje samochód (do pełna), popłaci raty kredytów, zrobi niezbędne zakupy, spogląda do portfela i widzi, że niewiele mu już zostało "na igrzyska", więc walczy teraz jak lew, aby mu nie odebrano tej ostoi wolności.

Dlaczego tak sobie kpię po trosze z tematu?
1.Bo wychowałem się w czasach, gdy po lekcjach wychodziło się na dwór, zamiast ślęczeć nad klawiaturą i dlatego, gdy niemożliwym byłoby korzystanie z internetu w obecnej formie (nie mam na myśli ściągania czegokolwiek, ale prowadzenia bloga z pirackimi linkami), to po prostu bym się bez tego obył.
2. Bo telefon (czy też sieciowy komunikator) nie służy mi do "wiszenia na słuchawce" godzinami, ale do umówienia się z kumplami na porozmawianie z nimi twarzą w twarz - a nie za pośrednictwem "zbioru twarzy".
3. Bo gdy okazało się, że upatrzona przeze mnie płyta miała kosztować 90 pln, to grzecznie podziękowałem i posłuchałem w domu innej, którą kupiłem za 25 tych samych pln-ów.
4. Bo... bo nie muszę mieć wszystkiego już, teraz, zaraz. Bez chleba sobie nie poradzę, ale już z igrzyskami mogę się zmierzyć.

Ale jednocześnie rozumiem, że każdy jest inny, więc gdy inni robili sobie hopsasa na mrozie, ja siedziałem w ciepłym mieszkanku, racząc się gorącą herbatą.







*  *  *  *  *  *  *

No właśnie: dokąd my tak zmierzamy? Czy jest to droga donikąd?

Talking Heads - Road To Nowhere








piątek, 24 lutego 2012




Wyjście do innego świata. Spadek po żywiołowym rozwoju miasta (z ogólnoświatowym kryzysem lat 30. w tle). Nasz Meksyk - fachowo zwany zabudową substandardową. Jest jeszcze kilka takich miejsc w Gdyni, ale dzisiaj tylko o tej części miasta, "która powstała w latach 30. za zgodą i wiedzą właścicieli, ale bez zgody miasta, jako nielegalne skupisko zabudowy, nie podporządkowane wytycznym planu zabudowy dzielnicy".**



Kiedyś nadejdzie taki dzień, gdy w dalekim tle widoczny będzie wiadukt, którym już bez większych przeszkód ludzie spragnieni słońca na naszych plażach będą mogli dotrzeć tam omijając kilometrowe korki, które potrafią ciągnąć się od Chyloni do Redy (tak kiedyś wyglądała droga Gdynia - Puck); wzdłuż torów rozłoży się asfaltowa droga, która kończyć się będzie pętlą autobusową przy wejściu do tunelu... Tak ma być, ale czy za mojego życia to nastąpi, tego plan nie obejmuje. Wszak to chodzi o zagospodarowanie terenu a nie czasu.



"Według danych ze spisu 1937 było w Gdyni ok. 2.500 substandardowych bud mieszkalnych, co stanowiło około 37% ogółu budynków, mieszkało w nich ok. 30% populacji Gdyni. W latach 60. udział tego typu zabudowy w mieście wynosił 30%"**. Dziś nazywaniem zabudowy chylońskiego Meksyku "budami mieszkalnymi" byłoby nadużyciem (tu mamy przykładowe gdyńskie budy sprzed lat). Jednak zabudowa wymyka się ogólnie dziś przyjętym standardom - szczególnie jeśli chodzi o zagęszczenie i drogi dojazdowe.



Będę obserwował ten wycinek dzielnicy, chociaż zmiany zachodzą tutaj w zwolnionym tempie, więc zajęcie to dla ludzi cierpliwych...



Szybciej zmieniają się okoliczności przyrody, więc tytuł notki jakby się sypnął...



**cytaty: Encyklopedia Gdyni
*  *  *  *  *  *  *


Nowego Jorku to tu nie zbudujemy. Może to i lepiej...

Richard Ashcroft - New York








wtorek, 21 lutego 2012



Na początku grudnia zeszłego roku, uchwyciłem były magazyn POSTI w swym pierwotnym kształcie. Przyszedł czas na kontrolę. Trwa demolka. Tak na pierwszy rzut oka wydaje mi się, że po starej konstrukcji pozostanie tylko sam szkielet nośny.



Skutki tego (w połączeniu z pracą portu) odczuwają pasażerowie przystanku autobusowego przy częściowo wyburzanym obiekcie. Na zdjęciu: wyraz ludzkiej bezsilności...



Aby nie było za nudno - taki fotograficzny eksperymencik, który gładko wprowadzi nas w klimat dodatku muzycznego. Nawiasem mówiąc, gdyby tak udało się uchwycić cały budynek jako sam szkielet, to całkiem fajny efekt mógłby to być.


*  *  *  *  *  *  *

Zaledwie 3 minuty z kawałkiem. Trochę destrukcyjny w swej formie, wprowadzający w stan niepokoju, ale jednocześnie z dodatkiem środków uspokajających...

Devin Townsend - Olives







sobota, 18 lutego 2012




Coś na rozgrzewkę.


Często czytam komentarze "znafcuf", którym wydaje się, że znają czas PRL od podszewki. Zazwyczaj pomijam to wzruszeniem ramion, ale czasem nie wytrzymuję, bo zwyczajnie nóż w kieszeni mi się otwiera... Jednocześnie zastanawiam się, skąd ci ludzie wzięli sobie taki obraz czasów słusznie minionych? Z mediów? Od rodziców?

"Niestety w PRL nauka języka angielskiego była zarezerwowana dla wybranych, a reszta musiała poprzestać na rosyjskim" - taką opinię wyczytałem przy okazji analizy życiorysu jakiejś polskiej aktorki, która nie zrobiła kariery poza granicami naszej ojczyzny. Okazuje się, że byłem jednym z wybrańców, bo w latach 70. uczyłem się angielskiego. Niestety było to odpłatnie, ale jednocześnie nie była ta nauka zarezerwowana wyłącznie dla posiadaczy legitymacji partyjnych. Po prostu trzeba było chcieć. Tych "wybrańców" (w różnym wieku) było zresztą całkiem sporo, którzy za pośrednictwem - spółdzielni chyba - "Lingwista - Oświata" chcieli wiedzieć więcej. Parcie na język rosyjski było oczywiście faktem niezaprzeczalnym, ale nie przedstawiajmy jednak czasów PRL, jako totalnego zniewolenia rodem z Korei Północnej. Gdzieś trzeba zachować umiar w tej krytyce.

Tak samo mój niemy sprzeciw budzą słowa: czy się stoi, czy się leży... i tu wymieniano odpowiednią kwotę pieniędzy należącą się przy wypłacie. Słowa te w skrócie mają opisać ówczesny rynek pracy. I znowu nie wiem, czy po raz kolejny należałem do nielicznej grupy wybrańców, których wypłata w czasie PRL-u zależała od wykonanej pracy? Była jakaś podstawa, ale bez wykonania pracy właściwej, to wypłata była cienka. Oczywiście efektywność tej pracy nie była taka jak obecnie (nie chodzi tylko o czynnik ludzki, ale o dostępny sprzęt), ale była jednak różnica na kwitku od wypłaty w zależności, czy się "leżało", czy też "stało". A ci wszyscy, którzy pracowali na akord? Frajerzy, czy co? Pamiętam dobrze, jak pracownicy portu zapieprzali niczym roboty z motorkami na wysokich obrotach przy przeładunkach, bo mieli płacone od przeładowanych ton...

Nie przeczę, że były i takie miejsca, w których dostawało się pieniądze tylko za podpisywanie listy, ale apeluję od odrobinę rozsądku w przekazywaniu obrazu przeszłości kolejnym pokoleniom. I dziś bym znalazł takie posady, gdzie nie trzeba się wysilać w pracy, ale to już jest zarezerwowane dla wybrańców. Dla przykładu takich kilkunastu(?) prokuratorów, którym nie chciało się kilka miesięcy temu zmienić miejsca pracy i teraz my wszyscy musimy fundować im co miesiąc sześciocyfrowe wynagrodzenie za "bycie w dyspozycji". Wypisz wymaluj: czy się stoi, czy się leży... Ale to już nie dotyczy maluczkich, więc jest jak najbardziej ok. Albo jeszcze bardziej współcześnie: czy stadion stoi, czy stadion leży, premia się należy. Cóż, jakie czasy takie leżenie.



*  *  *  *  *  *  *

Perfect - Pepe wróć

W tle odwieczny spór: co to było "pepe"? Patykiem pisane, czy też piwo pełne?








1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 66