| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Czasem zajrzę
Inne miasta
Odpad poprodukcyjny
Ściągawki
Wieki temu
Wpisy udźwiękowili...
Wapniak na świat spogląda
sobota, 10 marca 2012


Był kiedyś program o takim tytule, jak tytuł wpisu, ale dokładnie nie pamiętam, ale wydaje mi się, że chodziło o filmy wojenne z Armią Czerwoną w roli głównej. Nie jestem pewien, ale tak mi się to jakoś kojarzy. Mniejsza jednak o większość.



Coraz mniej takich "gwiazd" naszych dróg.

Chodzi o to, aby płynąca z ekranu prawda, prawdą była. Przyzwyczailiśmy się, że w czasach słusznie minionych telewizja kłamała... Tak nawiasem mówiąc, obraz ze szklanego ekranu ma wpisane kłamstwo w metryce urodzenia, bo pokazuje obraz przefiltrowany, wypolerowany (gdy filtr zostanie wykręcony, to dziwimy się jak dzieci, że taki Durczok potrafi kląć jak szewc). No i jak te dzieci jesteśmy wpuszczani na odpowiednie tory odbioru - tak w przeszłości, jak i obecnie.

Zainteresował mnie (jak przystało na człowieka z kierowniczego stanowiska) materiał filmowy o nocnej kontroli ITD, w wyniku której zatrzymane zostały "cztery pojazdy do transportu ponadgabarytów, które próbowały nielegalnie przejechać z ładunkiem przez Gdańsk". Wszystko to w szlachetnym celu, bo celem takich kontroli
"jest ochrona infrastruktury przed niszczeniem, a to przekłada się na bezpieczeństwo użytkowników dróg". No i słuszna koncepcja.

Po takich wiadomościach ludność się cieszy: "tak trzymać panowie.....może bydlaki nie zniszczą nam dróg". No nie tak od razu, bo prawda ekranu jest... półprawdą. W programie płyną bowiem słowa: "pojazdy pojadą na parking administracyjny, zostaną zważone, zmierzone..." No i tu głos inspektora się zawiesza, a wypadałoby dowiedzieć się co dalej? Czyżby ładunek pocięto na kawałki, aby przetransportować dalej? Oczywiście że nie. W całej tej sprawie chodziło "tylko" o kasę za zezwolenia na przejazd, bo takie przeładowane pojazdy mają prawo niszczyć nam drogi (gdy ładunku nie da się podzielić i przewieźć w inny sposób), ale za ciężkie pieniądze wniesione do budżetu i nie ma nic tu do rzeczy wyeksponowana "ochrona infrastruktury przed zniszczeniem" (od papieru z odpowiednią pieczątką ładunek nie będzie lżejszy). Kontrolować? Oczywiście, ale jednocześnie przekazywać ludziom pełną informację, a nie sprzedawać półprawdy ku uciesze... Ech, znowu się rozmarzyłem.



*  *  *  *  *  *  *

No tak: "krokodyle" mają swoją misję do spełnienia, a ładunki zatrzymanych pojazdów nie były tak lekkie, jak... motyle na kołach, więc odpowiedni utwór na dziś (utwór słodziutki, więc można klikać bez obaw).

The Mission - Butterfly On The Wheel









piątek, 09 marca 2012


Wspomnienie lata - aby odsapnąć od ciężkich tematów. Przy okazji niedawno promowanych na głównej "Gazeta.pl" surrealistycznych widoków świata. Nie po raz pierwszy zresztą, ale widać, że temat chwytliwy, więc i ja - jak ten tonący brzytwy - chwytam się zdjęć wygrzebanych z szuflady. Surrealizm, który pozostał mi w pamięci.

Gdy wiele lat po czasach swoich wycieczek szkolnych (ale znowu wiele lat już temu), zawitałem na nasze ogromniaste wydmy, to trochę zbłądziłem, zapuszczając się w miejsce chyba nie udostępnione dla wszystkich chętnych. Było to długo przed sezonem letnim i nie było żadnych tablic zakazujących czegokolwiek. A takie chyba powinny tam być? Ludzie rozpierzchli się więc po wydmach, ale i tak znakomita większość swoją wędrówkę zakończyła na pierwszym wzniesieniu (może więc zakazy są na wyrost, skoro naród i tak leniwy?). Zabłądziłem i oczom moim ukazał się dość surrealistyczny widok...





Na stronach traktujących o wydmach Słowińskiego Parku Narodowego wspomina się o wioskach, które pochłonęła natura, ale to było dawno temu, więc widoczne na zdjęciach resztki murów (a może to był komin? Nie pamiętam - tyle lat minęło) raczej tamtych zdarzeń nie dotyczą. Mimo wszystko, widok robił dość niesamowite wrażenie.






*  *  *  *  *  *  *

Odpowiednio relaksujący temat muzyczny...

Porcupine Tree - Oceans Have No Memories









czwartek, 08 marca 2012


No i co, znowu ten niechciany dzień nam nastał?
To święto ciągle tkwi w głowach wielu, jako relikt PRL-u, ale być może jest to tylko wymówka, aby zaoszczędzić kilka zeta na kwiatku? Argument: to komunistyczne święto, jest z gatunku tych mocnych, trudnych do obalenia. Szkoda tylko, że zarazem argument mocno nietrafiony, bo Dzień Kobiet ustanowiono w 1910 roku, a pierwszy raz obchodzono to święto w 1911 roku w Austrii, Danii, Niemczech i Szwajcarii.

Z zeszłorocznego artykułu: "Co pan sądzi o Dniu Kobiet? Fajnie zrobić coś miłego", wynotowałem kilka fragmentów, z których powiewa optymizmem na przyszłość (choć stare kładzie się cieniem). I marzy mi się taki dzień, gdy taki dzień po prostu będzie. Bez jakiś docinek o korzeniach z niechcianej epoki.
"Są tacy, którzy nie lubią tego święta. To dlatego, że zostało wprowadzone w czasach PRL-u, a my nie mamy życzliwości do tej epoki. Mimo to myślę, że to miły zwyczaj."
"Większości świąt komunistycznych nie obchodzę, ale to - owszem. Bo to miłe święto. A że z tamtych czasów? Cóż, każda epoka ma swoją kulturę i my właśnie w takich czasach wyrośliśmy."
"Co do samego święta, to wkurza mnie przekonywanie, że to komunistyczny wymysł. Bo to w gruncie rzeczy fajny dzień."
"Co do zarzutów, że to wytwór komunistyczny - to myślę, że każde święto ma swoją genezę. I z biegiem lat następuje oderwanie od tych korzeni i święto zaczyna żyć własnym życiem, wrasta w naszą obyczajowość.".


8 marca nie jest w niczym mniej nam urągający, niż dla przykładu 14 lutego. Przecież walentynek sami sobie nie wymyśliliśmy - ktoś się postarał, abyśmy w czasie zastoju w handlu, potrząsnęli ochoczo sakiewką, więc dlaczego nie zrobić tego dzisiaj? Że co? Że to nie z tej strony świata przyszedł "rozkaz"? Ciekawe, jakbyśmy reagowali, gdyby zostały walentynki wprowadzone u nas z nadania ZSRR, dajmy na to: na cześć pierwszej kobiety w kosmosie - Walentyny Tiereszkowej. Oj, nie podobałoby się to nam wtedy.



Goździk też potrafi cieszyć, bo szarość jest tylko w nas. I nie przeszkadza, że "on" komunistyczny (zdj. z 1984), a ściana obdrapana. Jak kogoś nic nie cieszy, to i cały kosz najpiękniejszych róż nic nie da...
Zdj. dzięki uprzejmości autora tej strony (obserwatora z Chojnic).


Dożyjemy takiej chwili, aby Dzień Kobiet po prostu był. Bez jakiś PRL-owskich docinek. Da się??? W końcu czas był przywyknąć przez te lata. A w ogóle, to z Dniem Kobiet to tak trochę jak z warszawskim PKiN - wielu ludziom przeszkadza, a mimo to trwa dalej. Więc nie marudzić, panie i panowie; panie: że chcą pamięci na co dzień, nie od święta; panowie: że kwiaciarnie były zamknięte, bo przyjęcie towaru... A tak poza tym, nie oszukujmy się, bo jak to trafnie ujął jeden z komentujących wspomniany artykuł: "część kobiet uważa że to głupie święto i takie komunistyczne... ale jeśli nie da się kwiatka to foch na minimum dwa tygodnie ;)".



*******

W prezencie dla pań, coś lekkiego, jak te kwiaty na wietrze...

Almunia - Kissing Time









środa, 07 marca 2012




W krzywym zwierciadle...

Coś mi ta obecna rzeczywistość wygląda, jakby patrzył na nią przy pomocy krzywego zwierciadła. A miało być tak pięknie i kolorowo. I jest. Ale tylko z zewnątrz, patrząc na opakowanie, bo zaglądając do środka... Jeszcze nie przyzwyczailiśmy się do smaku nowego rodzaju soli a już przyjdzie nam zmierzyć się ze smakiem jaj bez jaj. A to przecież tak naprawdę wierzchołek góry lodowej... Tylko ktoś naiwnie wierzący we wszystko, co oficjalne służby ogłoszą, może twierdzić, że jest inaczej. A zresztą jak można wierzyć oficjalnym organom, skoro sól, która miała być szkodliwą, taką podobno nie jest(?). Po co więc były te wszystkie rozróżnienia na sól spożywczą i przemysłową? Skoro jest tak dobrze to może... Zima była łaskawa, więc może drogowcy puszczą na rynek trochę swoich nadwyżek? I jeszcze zarobią! Kupili ją jako przemysłową a sprzedadzą - po odpowiednio wyższej cenie - jako spożywczą. Urzędy jakoś to społeczeństwu wytłumaczą. W końcu człowiek, nie zwierzę - zje wszystko... Nawet przy dzisiejszej wiadomości o kolejnej aferze spożywczej (susz jajeczny z suszu rybnego) widnieje na tę chwilę 9 "lajków". Jak barany na rzeź: "lubią to", co im zaszkodzi. No nie róbmy sobie jaj z jaj!


No i jak my mamy żyć coraz dłużej, wtłaczając w siebie coraz więcej tego "świeżutkiego" jedzenia? Takie tendencyjne pytanie zadaję sobie, co i rusz słysząc, że tak właściwie, to nie wiem co jem. A tak przy okazji: czy wapniaki pamiętają, gdy w latach przełomu ktoś wychylał głowę, ostrzegając, aby nie jeść zachodnich wynalazków pełnych e-dodatków, to zaraz był wyśmiewany, posądzany o zaściankowość?
W "Dzienniku Bałtyckim" z dn. 26.09.1991 przeczytać było można: "Federacja Konsumentów ostrzega: Nie kupuj żadnych produktów żywnościowych jeśli wśród składników wymienione są symbole: E-122, 123, 127, 131, 171, 230, 239, 321". Dziś (sprawdziłem pobieżnie) część z nich jest uważana za bezpieczne, część podejrzana o szkodliwe działanie, ale jest i tak, że "z powodu efektów ubocznych UE ogranicza stosowanie BHT (E-321) i liczba produktów zawierających ten związek spadnie w ciągu najbliższych lat". Cóż, w tamtych latach wszyscy byliśmy wpatrzeni w zachód, jak w święty obrazek...
 


*  *  *  *  *  *  *

Najważniejsze, aby z niczym nie przesadzać. Po prostu - dozować. Ostrą papryczkę też, wiec dziś wersja łagodna... A pieprz? A pieprz... jourself!!!

Red Hot Chili Peppers - Dosed










niedziela, 04 marca 2012




Szczęśliwie dla mnie, nikt z moich najbliższych nie ucierpiał we wczorajszej katastrofie kolejowej. Jednak zawsze w takich przypadkach, człowieka nachodzą myśli: jak to możliwe? Teoretycznie transport kolejowy powinien być całkowicie bezpieczny, bezpieczniejszy od samolotu, który w odróżnieniu od pociągu nie stoi twardo na ziemi. Taki skład mknie sobie po eksterytorialnej autostradzie, samochody muszą mu się kłaniać w pas, czekając grzecznie pod rogatkami, a który tego nakazu nie wykona, gorzko tego pożałuje... Teoretycznie wszystko powinno iść gładko i sprawnie...



Dziś słucham ekspertów, którzy mają swoje teorie. I być może jest tak, że znowu zawinił czynnik ludzki: ktoś nie nacisnął odpowiedniego guzika... ktoś nie przełożył odpowiedniej dźwigni... może rutyna uśpiła zmysły...??? Stanowczo zbyt wcześnie na wydawanie wyroków.

Ale wiadomo, życie nie znosi próżni, więc w radio właśnie wypowiadają się eksperci i... własnym uszom nie wierzę! Oczywiście sypią się gromy i pierony na PKP. To poniekąd zrozumiałe, ale... Jeden z ekspertów stawiał za wzór Wielką Brytanię. Jak to? - pomyślałem sobie, przecież farmakologicznie jeszcze nie muszę utrzymywać pamięci w stanie używalności, a pamiętam, jak to właśnie źle było nie tak dawno z tamtymi kolejami. Bez większego problemu odnajduję w sieci potwierdzający stan mojej pamięci njus z 2002 roku, w którym złowrogo brzmią słowa: "Pięć katastrof kolejowych w ciągu pięciu lat to wstydliwy rekord". Dalej można przeczytać: "Brytyjska opinia publiczna domaga się wyjaśnienia przyczyn katastrofy i ustalenia, czy doprowadziły do niej zaniedbania w systemach bezpieczeństwa. „Jak to się mogło stać? Jeśli tak dalej pójdzie, ludzie przestaną jeździć pociągami” - mówiła jedna z osób rannych w wypadku. Niektórzy winę za zły stan kolei na Wyspach Brytyjskich zrzucają na fakt, że została ona w ostatnich latach sprywatyzowana" (o ile pamiętam, prywatnych właścicieli oskarżano wtedy o zbyt daleko idące oszczędności w wydatkach na infrastrukturę kolejową). To ostatnie stwierdzenie jest ciekawe, bo dzisiejsi radiowi eksperci twierdzą, że gdyby PKP nie była rozczłąkowana, to byłoby lepiej, no i w ogóle to... za PRL było lepiej(?!?!); nie było takich katastrof. Hmmm. Tak się składa, że najtragiczniejsza katastrofa kolejowa wydarzyła się w 1980 roku (zginęło wtedy 67 osób) nieopodal Torunia. Tu załączyłem zdjęcia pomnika, który obecnie znajduje się w tamtym miejscu. Doprawdy, nie wiem skąd ci eksperci się biorą...



Będąc jednym ze szczęściarzy, mających wszystkich bliskich nadal przy życiu, pomyślałem jeszcze tak całkiem przyziemnie: czy rodziny ofiar, a właściwie ich ból i nagłe znalezienie się w trudnej sytuacji życiowej, też zostaną tak sowicie wynagrodzone, jak rodziny naszych prominentów, którym ciężko było związać koniec z końcem po katastrofie smoleńskiej?


**Zdjęcia z nieczynnej stacji PKP Sierakowice. Pociągi kursowały tu do czerwca 2000.


*  *  *  *  *  *  *

Ostatnia podróż koleją...

Steve Hackett - Last Train To Istambul








sobota, 03 marca 2012


Obiecałem sobie, że od czasu do czasu zajrzę na ul. Starowiejską...




Przystanąłem na chwilę na rogu ul. Starowiejskiej i Władysława IV.
Wyremontowana elewacja narożnego budynku zwraca uwagę ciekawym oświetleniem.
Dość prostymi środkami uzyskano ciekawy efekt.






*  *  *  *  *  *  *

Proste oświetlenie. Proste myśli (sprzed 23 lat). Zawsze wgniata mnie w fotel ten utwór...

Simple Minds - Belfast Child


piątek, 02 marca 2012


Choć całym sercem jestem za Gdynią, to wydaje mi się, że niepotrzebnie włodarze miasta silą się czasami nad wyraz, prężąc muskuły i miejską kasę, zapominając, że czasy konkurencji z Gdańskiem minęły, gdy oba miasta znalazły się już w granicach jednego państwa. Choć patrząc na konkurencję dwóch miast, mam wątpliwości, czy wszyscy to zauważyli? Dziś mam konkretnie na myśli przyszłe lotnisko mające niedługo(?) powstać w Gdyni. W końcu prace nad jego budową - jak zwykle opóźnione - trwają. Ale dla mnie niemałym odkryciem stało się "odkrycie", że Gdynia już lotnisko miała! Może jestem zapóźniony w odkrywaniu dawnych dni, ale nie można wiedzieć wszystkiego, a i jeśli choć jeszcze jedna osoba - oprócz mnie - na tym wpisie skorzysta, to uznajmy, że warto było temat przybliżyć i się zadziwić. Czyli z tym lotniskiem mamy - trochę jakby naciągany - powrót do przeszłości.




Lotnisko cywilne w Rumi. Samolot pasażerski Fokker z Gdyni przez Gdańsk do Warszawy przygotowany do odlotu - to opis zdjęcia ze zbiorów NAC.

Z powyższego opisu zdjęcia wynika też dobitnie, że również pod względem nazewnictwa miast docelowych lotu, wszystko już było. I żadną nowością nie mogą być dzisiejsze chwyty marketingowe tanich przewoźników, którzy wmawiają nam, że Malmo to Kopenhaga, a jakaś Girona to Barcelona. Przed wojną mieliśmy bowiem przelot Gdynia - Warszawa (przez Gdańsk), a lotnisko znajdowało się w Rumi. Tak że wiadomo: wszystko już było.




No a gdzież to lotnisko w Rumi było? Najpierw moje myśli skierowały się w stronę tak zwanego pasa startowego, który znajduje się w drodze z Rumi do Pierwoszyna (przy okazji: pamięta jeszcze ktoś giełdy samochodowe, które na krótko tam zawitały?). Jednak okazało się, że to znacznie bliżej głównej linii kolejowej było. Pomocna będzie powyższa mapka znaleziona tu, na Pomorskim Forum Eksploracyjnym. Właściwy ruch pasażerski na lotnisku rozpoczął się w 1935 roku, który oczywiście przerwała wojna, podczas której lotniska dalej używali najeźdźcy. Po wojnie, uszkodzony budynek dworca został rozebrany, a w latach kolejnych następowała sukcesywna rozbiórka tego co pozostało, w ramach recyklingu (pod budownictwo jednorodzinne). Zainteresowanych szerszymi informacjami na temat tego lotniska kieruję na tę stronę (i w ogóle wszystkich, chcących zobaczyć starą Rumię).




Bardziej leniwy odłam ludzkości musi zadowolić się powyższym widokiem (ze wspomnianej strony) rumskiego lotniska podczas zawodów sportowych.




Wyjaśniło mi się przy okazji skąd takie marnotrawstwo terenu w ciągu ul. Żwirki i Wigury, jakby chciano tu wybudować co najmniej autostradę do nieba. Pozostawiono tu rezerwę terenu na planowaną linię kolejową do lotniska (na zdjęciu: widok w stronę dworca PKP Rumia). O właśnie! Obecnie Gdynia, zamiast fundować sobie nową zabawkę, powinna zaangażować się budowę linii kolejowej, która stworzyłaby szybkie łącze z lotniskiem w Rębiechowie.




Ostatnie resztki lotniska przestały istnieć w 2007 roku, kiedy to wyburzono bunkier, który w rzeczywistości bunkrem nie był, lecz zbiornikiem. Istnieje jednak po dzień dzisiejszy niemy świadek - jak to się ładnie określa - tamtych lat. Robiąca dziś za słup ogłoszeniowy wieżyczka obserwacyjna, miała według już linkowanej strony, związek z lotniskiem w czasach wojny: "Na terenie przyległym do lotniska Niemcy wybudowali małe betonowe budki. Stawiano je miejscach, gdzie ruch oporu miał stosunkowo łatwy dostęp do sporządzania szkiców i zdjęć chronionych niemieckich obiektów wojskowych. Wykonywane były one przede wszystkim w czasie alianckich nalotów na lotnisko w Rumi. W tym czasie tylko pozostawali na zewnątrz; niemiecki żołnierz ukryty w wieżyczce obserwacyjnej i jeśli zachodziła akurat konieczność ludzie działający w ruchu oporu. Budka miała specjalny okrągły kształt i stożkowy daszek chroniący w ten sposób od odłamków wybuchających w pobliżu bomb lotniczych. Otworów, a raczej szczelin obserwacyjnych posiadała od dwóch do trzech sztuk. W zależności od potrzeb na danym terenie. W tylnej części posiadała stalowe małe drzwiczki wejściowe. Taka tak zwana wieżyczka obserwacyjna zachowała się do dnia dzisiejszego przy ulicy Żwirki i Wigury w pobliżu byłego lotniska"

Takim to sposobem, rozpoczynając od przypadkowo znalezionego zdjęcia w zasobach NAC, doszedłem do tego, że po wielu latach zauważyłem słup ogłoszeniowy w ogóle, a następnie, że słup ten nie jest takim, jakim mógłby się z pozoru wydawać. I takie poszerzenie wiedzy - nie tylko mojej, mam nadzieję - mnie bardzo cieszy.




*  *  *  *  *  *  *


W całym dzisiejszym wpisie przemykała sprawa kolei, więc i dodatek muzyczny będzie odpowiedni. Tym bardziej, że autor strony o Rumi jest zakręcony też na punkcie modelarstwa kolejowego, a w teledysku ten element jest mocno eksponowany...

The Notwist - Pilot









1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 66