| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Czasem zajrzę
Inne miasta
Odpad poprodukcyjny
Ściągawki
Wieki temu
Wpisy udźwiękowili...
Wapniak na świat spogląda
środa, 04 kwietnia 2012




W rzeczywistości kiosk wygląda gorzej, niż na zdjęciu

Przegapiło się likwidację mleczarni, więc baczniej obserwuję potencjalne obiekty do odstrzału. Taki na przykład kiosk-widmo, który nie dodaje uroku okolicy nieistniejącej wytwórni zapomnianego w dzisiejszych czasach mleka w woreczkach.


Zdj. Wikipedia

Tak mi się bynajmniej wydawało, że mleko w woreczku to już dawno zapomniany przeżytek. Okazało się niedawno, że zbyt szybko pogrzebałem ten rodzaj opakowania... Można jeszcze (tylko na prowincji?) kupić to "nasze polskie".





*  *  *  *  *  *  *

Miało być coś o drodze mlecznej, ale wyszło coś zupełnie przeciwnego - "black sun in white world"...

Dead Can Dance - Black Sun








poniedziałek, 02 kwietnia 2012





Przypadkowy wpis sponsorowany liczbą 999 - tyle komentarzy mi wyskoczyło od początku działalności bloga. Przypadkowe zdjęcie, na którym w tle widoczne są kioski. Ten z gazetami (toczący nierówną walkę z naturą o przetrwanie) i ten żółty - żyjący ze sprzedaży marzeń. A przed nimi kiosk z wirtualnym chlebem - takie "e.czywo". I tak sobie przypomniałem, że kiedyś poza ogólnokrajowym lotkiem, istniały jego regionalne odmiany, zwane grami liczbowymi. W rejonie gdańskim był to "Jantar". Gdzieś w pamięci brzęczą mi jeszcze nazwy: "Lajkonik", "Koziołki" i zapałkowa "Syrenka", które odpowiednio istniały w Krakowie, Poznaniu i Warszawie.
Tak mi się to jakoś dzisiaj przypomniało...


*  *  *  *  *  *  *


Z okazji 999. komentarza, utwór z jakby taką samą liczbą w tytule...

Iron Maiden - The Number of The Beast








niedziela, 01 kwietnia 2012


Jakieś pokrętne tytuły często wychodzą spod mojej głowy, które są wypadkową tego, co się dzieje dziś i co było wczoraj. Choć początkowo może pozbawione są sensu, to gdzieś tam pokątnie łączą się one w całość. Rozpoczniemy od "dwóch setek". Przeprowadzono kilka dni temu ogólnoświatową akcję gaszenia żarówek. Toż to nic innego jak igrzyska dla ludności, która cieszy się jak dziecko, oglądając później obrazki przed i po zgaszeniu żarówek. No i to poczucie spełnienia obywatelskiego obowiązku. To nic, że ta chwilka niczego nie zmieni. To nic, że większość z ludzi, tak na moment przejętych losem naszej planety, za kilka dni kupi nową zabawkę zużywającą kolejne porcje energii elektrycznej (bezpośrednio lub poprzez powtarzane doładowywanie baterii). Ważne jest dowartościowanie się: dałem godzinę dla Ziemi, a reszta roku już tylko dla mnie i moich potrzeb.

Muszę przyznać się bez bicia, że w zaciszu domowej piwnicy (niechcący, ale przecież nieznajomość...) dokonałem sabotażu całej akcji. Mam w podziemiach na wyposażeniu żarówkę 200W i właśnie tego wieczoru, gdy większość ludzkości dokonywała powrotu do przeszłości, chcąc zanurzyć się w ciemnościach, ja przy pomocy mojej (zabytkowej?) żarówki zachowałem niepoprawność polityczną. Targają mną obawy, że będę za taką postawę smażył się w piekle, ale jednocześnie mam nadzieję, że do czasu mego zejścia, ekolodzy rozprawią się z problemem jego istnienia. Wszak takie ognie piekielne muszą nieźle przyczyniać się do efektu cieplarnianego. I to z pewnością w większej mierze, niż moja ulubiona żarówa.


A poza tym wszystkim, takie hocki-klocki z wyłączaniem na rozkaz żarówek już widziałem za czasów słusznie minionych, ale wtedy odbywało się to może mniej spektakularnie niż dziś. Pan w telewizorze pokazywał jakiś wskaźnik na tablicy w elektrowni, który miał drgnąć za sprawą skonsolidowanych działań społeczeństwa. Tak więc: wszystko już było...

Tak jak była już "seta i galareta". A wczoraj czytam o czymś takim, ale poprzedzonym jakby długoletnim oczekiwaniem: "Moda na lokale, które w niskiej cenie oferują przysłowiową setę i towarzyszącą jej zakąskę, w końcu rozwinęła się w Trójmieście. W naszej metropolii przybywa miejsc, do których nawet na chwilę można wpaść na kieliszek wódki i zagryźć ją śledzikiem.". He he he. Mody się same nie tworzą. Ktoś nam je zręcznie podsuwa. To co było w PRL normalnością, teraz wraca "w końcu", jako moda zawinięta w papierek z nadrukiem 'ę-ą'. Cóż, chleba i igrzysk nam tylko do życia potrzeba...


No to już właściwie z całym tytułem notki się rozprawiłem, ale żeby nie było tak bez zdjęć, to tak jeszcze pociągnę w klimacie gastronomicznym. Zaczęło się od zdjęcia z archiwum NAC  z roku 1934 podpisanego: "fragment budynku z wejściem do restauracji "Picadylli". Trzeba było zainteresować się tematem, wertując po raz kolejny "Encyklopedię Gdyni".


"Picadylli" - jedyna w Gdyni lat 30. restauracja koszerna, ulokowana w podwórzu hotelu Centralnego. Chodziło się do niej głównie dla niezrównanego smaku "gęsich pypków" (faszerowane gęsie piersi), "cyces" (słodkie ciasteczka) oraz szczupaka "po żydowsku".



Widać, że... hotelu - póki co - nie widać, czym obiekt wpisuje się w nurt oszczędności żarówek i całego globu.

Zanim zajrzymy na podwórze wspomnianego hotelu, to najpierw spojrzenie od frontu. Hotel "Centralny" został wzniesiony w 1928 roku przy ul. Starowiejskiej 1, w miejscu starej gospody. "Reklamowany jako "pierwszorzędny dom, pokoje zaopatrzone stale w ciepłą wodę i centralne ogrzewanie. Na dole była restauracja i winiarnia, duża sala pełniąca funkcję balowej lub teatralnej oraz ogródek ze stolikami dla gości, ukrytymi pod parasolami lub drewnianym daszkiem". Sielankę przerwała oczywiście wojna, ale po wojnie właściciel odzyskał prawo posiadania budynku. Nie na długo jednak. W 1949 wprowadzono przymusowy zarząd państwowy, a w 1960 roku stało się własnością Państwa, zmieniając jednocześnie nazwę hotelu na "Bristol". Jak czytamy dalej w "Encyklopedii Gdynia": "Po 1989 został przez rodzinę Skwierczów odzyskany. Egzystuje jako hotel "Lark". Do rejestru zabytków wpisany 29.04.1996". Wszystko jednak wskazuje, że obecnie trwa remont i na zakwaterowanie w hotelu trzeba będzie poczekać.



Na zapleczu wygląda tak. Czy w widocznym po lewej budynku znajdowała się restauracja "Picadylli" i czy w ogóle tamten obiekt istnieje? Tego moja wiedza nie obejmuje. Ale jesteśmy "w podwórzu hotelu Centralnego", więc gdzieś w tych okolicach ta restauracja się znajdowała.


*  *  *  *  *  *  *

To włączmy sobie znowu te żarówki, aby karpik (może być po żydowsku) trafił nam wprost do przełyku...

Genesis - Turn It On Again (live)







sobota, 31 marca 2012


Trwa walka o klienta. Tego, który chciałby się przemieścić na odcinku Gdańsk - Warszawa. Trwa na lądzie i w powietrzu...



Kilka dni temu ukazał się artykuł przedstawiający ofertę wojujących firm. Odniosłem wrażenie wyraźnego promowania Polskiego Busa, z jego cudownie skróconym czasem przejazdu i atrakcyjnymi cenami: "Czas przejazdu - jak pociągiem - 6 godz. 10 min. (dzisiaj 5 godz. 45 min.). Cena: od 2 do 45 zł.". Jakoś autor jednocześnie nie informuje, że czas przejazdu zmniejszył się dlatego, że skrócono trasę autobusów, które już nie przepychają się przez miasto z centrum Gdańska do Oliwy (tym samym zdjęcie powyżej należy zaliczyć do historycznych). A ceny? Są o wiele bardziej atrakcyjne niż w przypadku oferty PKP. Ale mocno promowane bilety za 2 złote trafiają się jak ślepej kurze ziarno. I to tylko, jeśli planujemy podróż do Warszawy jak wyprawę na drugi kraniec świata, czyli z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Co by jednak nie mówić, Polski Bus jak na razie skazany jest na sukces na lądzie. Czy po modernizacji linii kolejowej, pasażerowie wrócą do pociągów PKP? Wszystko będzie zależało od ceny i czasu przejazdu. Mimo wszystko jazda w wagonie, w którym w każdej chwili możemy chociażby wstać i wyprostować kości, jest o wiele wygodniejsza niż tkwić przez wiele godzin w bezruchu nawet w wygodnym fotelu autobusu, więc może będzie powrót skruszonych...?




Taka sama sytuacja ma miejsce w powietrzu, gdzie siłą sprawczą walki jest OLT Express - nowy konkurent LOT-u. W tym przypadku do walki na cenniki doszły przepychanki, kto jako pierwszy wystartuje w pierwszym dniu działalności nowego terminalu lotniska w Rębiechowie. OLT Express zorganizował specjalny lot widokowy, aby być pierwszą linią lotniczą, która będzie inaugurowała działalność nowego terminalu (dziś oficjalne otwarcie, a 6. kwietnia rozpoczęcie działalności). I tak zapisane zostanie na kartach historii lotniska. Bo liczą się zawsze ci pierwsi. Po nich już tylko cała reszta...




Kto wygra w tym wyścigu o klienta niewiele mnie tak naprawdę interesuje. Jak zwykle, była to kolejna okazja do zrobienia kilku zdjęć. Wydaje się, że wszystkie rodzaje transportów mają wady i zalety, i powinny znaleźć swoich zwolenników, choć na razie dla większości z nas podstawowym kryterium jest cena.

I jeszcze tak na marginesie. Mamy niezły ubaw z PRL-owskich otwarć obiektów, które zawsze tak jakoś "przypadkowo" wypadały na ówczesne święto 22. lipca. Dla mnie równie śmiesznym jest organizowanie otwarcia terminalu na tydzień przed... otwarciem(?). No tak, ale kto by śmiał wyrywać z łóżek tych równiejszych, aby bladym świtem przecinali wstęgę. A gdzie czas na popijawę i wyleczenie kaca? To "prawdziwe" otwarcie terminalu planowano na czwartek (później przesunięto na piątek), ale dziwnym zbiegiem okoliczności ten pierwszy początek zaplanowano na sobotni wieczór. Naprawdę, nie zmienia się nic...

A tak zupełnie na marginesie. Przeczytałem, że na gdańskim lotnisku ma być zbudowany jeden rękaw, bo "jeden z przewoźników jest zainteresowany używaniem takowego". A ja naiwnie myślałem, że lotniska projektuje się pod potrzeby pasażerów i dla ich wygody buduje się takie tunele do bezpośredniego wsiadania i wysiadania do samolotu, aby podczas tego manewru odizolować się od niesprzyjających warunków atmosferycznych chociażby. A tu się okazuje się, że zależy to od łaskawości linii lotniczej (bynajmniej na to mi wychodzi). No cóż, człowiek uczy się całe życie.


*  *  *  *  *  *  *


Klimat dawnego Genesis anno domini 2009...

Big Big Train - Last Train







czwartek, 29 marca 2012



Im dalej w "gai", tym więcej pytań

Dziwnie wygląda ten nasz świat. Niby coraz bardziej wyraźny, ale jednocześnie coraz bardziej rozmyty. Porównując współczesne i historyczne obrazy naszej planety oglądane okiem satelity, widać wyraźnie, że obraz jest coraz lepszy - więcej szczegółów można zobaczyć. Ale już stojąc twardo na gruncie, to obraz się komplikuje, czyli zamazuje.

Na znanym serwisie Street View zobaczymy rozmazane twarze przechodniów i tablice rejestracyjne pojazdów... Dziwnie wygląda ten świat. Niedawno czytałem o kimś z Lublina, publikującym zdjęcia źle zaparkowanych pojazdów z niezamazanymi numerami. Okazuje się, że tym samym naraża się na proces, bo narusza czyjeś dobra osobiste, bo dla przykładu "szef rozpozna na zdjęciu źle parkujący pojazd pracownika" (cytat z pamięci, który i tak do mnie nie trafia, jako argument pozbawiony sensu). Niby robiąc takie zdjęcie nikomu się nie zagląda do bagażnika, tablica wystawiona jest na widok publiczny, a sama baza danych jest niedostępna dla zwykłego śmiertelnika, ale jednak coś tam się narusza... Nie nadążam za tym. Dobro osobiste - to materialne - nadal przecież jest w rękach właściciela. A więc chodzi bardziej o dobro wirtualne? Bo co by było, gdyby okazało się, że powyższy "maluch" stał w miejscu gdzie nie powinno go być i żona właściciela samochodu, patrząc na zdjęcie skojarzyłaby, że parkuje on tuż przy drzwiach do domu jego kochanki (o posiadanie takowej już dawno go podejrzewała, tylko pewności jej brakowało), podczas gdy rzekomo mąż miał wyjechać autem w podróż dookoła świata (nie takich wyczynów ludzie "maluchami" dokonywali)... To w takim przypadku ja byłbym odpowiedzialny za rozpad małżeństwa?!?!? Dziwny jest ten świat...


Dziwni są też sami ludzie. Podczas gdy jak lwy, zaciekle bronią swojej prywatności nie dopuszczając do ujawnienia swoich danych na spisie lokatorów bloku (taki kamuflaż), w tym samym czasie bez zbytnich zahamowań pokazują z detalami zawartość swoich lokali na portalach społecznościowych, zrzucając z siebie uprzednio założony kamuflaż. Doprawdy, dziwny jest ten świat i widać wyraźnie (pomimo zamazanych fragmentów), że mieszanie się tych dwóch światów - realnego i wirtualnego - często nie wychodzi nam na zdrowie. Niby chcemy pokazać światu jak najwięcej, ale jednocześnie gorset prywatności uwiera...


*  *  *  *  *  *  *

No i jak to wygląda też wasz/nasz cudny świat...? No i pozostawmy w spokoju syrenki (te z tablicami i te bez)!

Oddział Zamknięty - Ten Wasz Świat







środa, 28 marca 2012


Pozostajemy trochę pod wpływem kolorów. W Gdyni, za sprawą wywieszonych flag, dominują teraz: biały i niebieski. Zebrałem dzisiejsze widoki w tych barwach. Większość z ul. Jana z Kolna, plus jedno z ul. Polskiej.









Flagi wywieszono oczywiście w związku z kolejną rocznicą wyzwolenia miasta. Dzień dzisiejszy - jak to często bywa - przyjęto symbolicznie, jako dzień wyzwolenia śródmieścia, podczas gdy całe walki o wyzwolenie miasta trwały ponad dwa tygodnie. Na nowo odkrytym przeze mnie blogu "Gdynia w której żyję", autor Michał Sikora podaje (cytując inne wydawnictwo), jak postępowało wyzwalanie miasta.

Znany gdyński historyk – batalista E. Kosiarz w jednej ze swoich książek pt.: ,,Wyzwolenie Polski północnej 1945” podaje następujące daty wyzwolenia poszczególnych gdyńskich dzielnic:

- 21 marca – wyzwolony został Wielki Kack, wtedy jeszcze formalnie nie należący do Gdyni
- 23 marca – wyzwolono Mały Kack
- 25 marca – Wehrmacht opuścił Witomino i Orłowo
- 27 marca – Niemcy opuścili Cisowę, Chylonię i Grabówek
- 28 marca – wyzwolone zostało Śródmieście i port
- 5 kwietnia – po zaciętych walkach na Kępie Oksywskiej. Niemcy w dwóch kolejnych nocach ewakuowali na Półwysep Helski około 35 tysięcy swoich żołnierzy i nieco cywilnych uciekinierów.


Poniżej jeszcze dwa przykłady, że walka na froncie budowlanym trwa. A jak to podczas walki: czasem coś spłonie, a czasem najpierw trzeba coś zburzyć, aby powstało nowe.


Dawny skład materiałów budowlanych i opału w stanie postępującego rozkładu.



Trwa przeobrażanie dawnych zakładów POSTI na szkołę.


*  *  *  *  *  *  *

Black Sabbath - War Pigs







niedziela, 25 marca 2012




Zdjęcie nie załapało się na wpis o chylońskim Meksyku, bo... za ładne kolory miało.
To miejsce jakoś nie miało szczęścia do najemców. Pozostały tylko napisy, a opony... spłonęły(?).

Wiosenna miotła wymiotła cały przydługi opis blogu, bo o czym on jest, to właśnie można zawrzeć w tych teraz widniejących słowach. Tyle wystarczy, reszta zależy od interpretacji tu zaglądających. Wiosna to też czas wymiany obuwia. Tego samochodowego też. To już nie te czasy, gdy wystarczyło założyć oponę i jeździć, aż do zdarcia bieżnika, a wizyta u wulkanizatora była spowodowana kolejną przebitą dętką.



Obłuże, ul. Boisko. Kiedyś chyba sklep spożywczy, a dziś można(?) kupić trampki, jakby wskazywała na to nazwa ulicy.

To również już nie czasy zwykłych trampek ze Stomilu, których byłem kiedyś szczęśliwym posiadaczem. Dziś czytam, że mają otwierać się w Polsce sklepy z "oddychającym" obuwiem. No proszę proszę... O dziwo, można sobie kupić jakieś pozostałości stomilowskich wyrobów obuwniczych na Allegro. Ale i tak najlepiej pooddychać świeżym powietrzem chodząc na boso.


*  *  *  *  *  *  *

Naciągane skojarzenie z ostatnim zdjęciem (choć właściwie wpis zaczął się właśnie od piosenki), ale jest coś in kolorze blue, widać jakiś typ blond włosów... No i sama piosenka też jakoś tak wiosennie nastraja, pomimo raczej ponurego środowiska, w jakim nakręcono teledysk... Latka lecą - utwór z 1979 roku.

Blondie - Union City Blue








1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 66