|
Nasze otoczenie zmienia się powoli, lecz nieustannie, czasem dopiero po latach to zauważamy, bo podczas codziennej gonitwy wydaje się nam, że cały czas jest wokół nas tak samo.
piątek, 20 listopada 2009
![]() Zespół zgrany 6+6 ton. Około roku 1983. Tuning samochodów niejedno ma imię. Teraz to raczej taka zachcianka, czy też chęć wyróżnienia się spośród tłumu posiadaczy egzemplarzy z masowej produkcji. W czasach, gdy posiadanie własnego autka nie było jeszcze tak powszechne jak teraz, istniał inny rodzaj tuningu, w tym przypadku pojazdu "cięższego kalibru". Nie chodziło tu jednak o nadanie ciężarówce indywidualnego charakteru, ale w ogóle o nadanie cech, dzięki którym, wypuszczony wprost z fabryki pojazd mógł w pełni spełniać zadanie do jakiego został wyprodukowany. Widoczny na zdjęciu 'Star 200' jest mi szczególnie bliski, gdyż był (myślę, że już w całości nie istnieje) jednym z pierwszych pojazdów za kierownicą którego rozpoczynałem swoją zawodową karierę (kariera - jak to dumnie brzmi!), więc parę słów o przeróbkach na podstawie tego pojazdu. Po pierwsze trzeba było nabić drugą drewnianą podłogę - na tę już istniejącą - na skrzyni ładunkowej, gdyż między jej burtami a oryginalną podłogą istniała centymetrowa luka przez którą w deszczowe dni (i takie, jak na zdjęciu) dostawała się woda do jej wnętrza. W czasach, gdy przewożenie towarów na paletach nie było jeszcze tak powszechne jak teraz było to konieczne usprawnienie, aby nie zamoczyć przewożonego towaru. Drugim celem takiego tuningu, jakby wtórnym, było wzmocnienie podłogi ze względu na wjeżdżające czasami do środka "paki" (tak się nazywało tę część ciężarówki) "sztaplarki", (zwane z kolei fachowo wózkami widłowymi), aby nie utknęły one tam na dłuższy czas, przedłużając i tak ciągnący się czasami w nieskończoność za- lub wyładunek. Po tym ulepszeniu, ładunek od dołu był wolny od zagrożeń jakie niosła kapryśna aura. Ale szczelność plandeki również pozostawiała wiele do życzenia. Należy nadmienić, że wtedy nasze plandeki były szyte, a nie jak teraz - klejone. I właśnie przez te szwy woda ochoczo sączyła się do środka części pojazdu, która w założeniu powinna być suchą, bez względu na warunki atmosferyczne. Również i w tym przypadku ulepszenie polegało na dublowaniu systemu, czyli zakładaniu drugiej plandeki. Dodatkowo uszczelniano szwy. Istniały tu co najmniej dwie szkoły, wynikające z podręcznej dostępności ulepszaczy: klej "Butapren" (miał on też zgoła inne zastosowanie) lub farba olejna. No i tak ulepszonym pojazdem można było zdobywać polskie drogi. Dopóty, dopóki nie trzeba było wywieźć jakiegoś towaru z gdyńskiego portu... Tu się okazywało, że to nie kres tuningu. Port bowiem wymagał aby pojazd można było zaplombować. I tu znowu konieczne okazywało się ulepszanie pojazdu. Jego dość istotną częścią składową był podzielony na elementy pierwsze łańcuch, pierwotnie przeznaczony dla trzymania krowy na uwięzi. Można doszukiwać się w tym swoistego trwałego ogniwa sojuszu robotniczo-chłopskiego. Już we własnym zakresie kierowcy należało stworzenie sobie domowej atmosfery poprzez tuning wewnętrzny kabiny. Dziś ciężko to może sobie wyobrazić, ale wychowankowie Adama Słodowego (podobno terminował u niego sam MacGyver), potrafili zmieść w tych kabinach nawet leżanki własnej roboty. Moje usprawnienia zakończyły się jedynie na zasłonce w kwiatki i kocyku na masce. Czy taki pojazd mógł mieć jeszcze jakieś nietypowe wady? Miał. Wymienię tylko dwie. Takie niespotykane już teraz. Mianowicie, nienaturalnie szybko zużywały się paski klinowe napędu sprężarki. Dlaczego? Bo były one kompatybilne z paskami klinowymi popularnego wtedy na naszych drogach "malucha", więc musiały one pracować "na dwóch". Druga "wada" ujawniała się w nocy, a jej przyczyną były wprowadzone dodatkowo na dachu kabiny kierowcy (w poprzednich modelach ich nie było) światełka pozycyjne. Wiele razy widziałem jak to ludzie zmuszeni byli do nadludzkiego wysiłku biegnąc do przystanku PKS-u, myśląc, że to przedwcześnie nadciąga (często ostatni) rejsowy autobus ówczesnego monopolisty w przewozach regionalnych. Biję się teraz w piersi, że miałem wtedy z tego niezły ubaw. Takie małe dwa światełka, a tak potrafiły zamieszać. I tak to wszystko było wtedy pokręcone a nie widać jeszcze było wyraźnego światełka w tunelu...
niedziela, 15 listopada 2009
![]() Gdynia. Ulica Świętojańska, skrzyżowanie z ulicą I Armii WP. Zawsze mi się kojarzyło, że bank to to musi mieć ściany co najmniej metrowej grubości, sejfy zakopane gdzieś w fundamentach piwnic... A tu. Z niemałym zdumieniem zobaczyłem widoczny na zdjęciu bank na miejscu dawnego warzywniaka - jak mi się wydaje. W sumie zachowano ciągłość tradycji. Wszak za moich czasów gość, który miał pełno "kapuchy" lub "sałaty", to wcale nie był rolnikiem. Wszystkiemu winien był kolor "zielonych" - mrocznego obiektu pożądania w czasach PRL-u, gdy namiastką owych były bony Pekao. Tylko starsza pani handlująca kwiatami swoją działalnością przypomina o dawnym zastosowaniu narożnego lokalu. Dzięki pożółkłemu egzemplarzowi "Dziennika Bałtyckiego" (cena 1300 zł) z 4-go września 1992 - prawie pełnoletni już - nie musiałem się domyślać jak wtedy "stała" polska waluta w kantorach: USD - 13.530-13.580; DM - 9.550-9.600 zł. Ciekawe, ilu ludzi będzie się zastanawiać teraz i w przyszłości: co to było to "DM"?
środa, 11 listopada 2009
![]() Myślałem, żeby może dzisiaj coś zamieścić na nutę patriotyczną? Wszystkie pomysły które rodziły się w mojej głowie przepadły w przedbiegach. Już chciałem dać sobie z tym spokój, aż tu nagle... Przypomniało mi się, jak to przed otwarciem baru McDonald's w Gdyni przy ulicy Morskiej, naprzeciwko ówczesnej Wyższej Szkoły Morskiej (obecnie: Akademia Morska), wieszczono szybki koniec baru mlecznego, który mieścił się w tej okolicy. No i bardzo się pomylili, ci, którzy tak wtedy sądzili. Bar mleczny działa tam nadal, wbrew wszelkim prawom komercji. Czyż to nie piękny przejaw patriotyzmu? Oparliśmy się "amerykańskiej stonce", która chce wyprzeć nasze(?) - ruskie pierogi. Zdjęcia barów mlecznych, które dla mnie istnieją "od zawsze". Powyżej: Słoneczny - ul. Władysława IV. Poniżej: Smakosz - ul. Chylońska. Zdjęcia baru, który stał się motorem wpisu, niestety nie mam. ![]()
wtorek, 10 listopada 2009
Słowa: sam ocet na półkach - to już klasyka PRL-u. No dobrze, ale skąd ten ocet się tam brał? ![]() Moje "szpiegowskie" zdjęcie z wnętrza jednego z zakładów ZPOW Dagoma w Gdańsku. Właśnie w tym oddziale przy ulicy Toruńskiej w Gdańsku produkowano ocet i musztardę. Przy okazji widać, że PRL był bardziej nastawiony na ekologię. Większość skrzynek na produkty była jeszcze wtedy (koniec lat '70 ubiegłego stulecia) drewniana, chociaż plastik śmiało się rozprzestrzeniał, a opakowania były szklane. No a taka "musztardówka" była wielorazowego użytku... Nie mam pojęcia czy ten zakład obecnie istnieje (jako budynki), bo sądząc po stronie firmowej, wychodzi na to, że gdańska Dagoma to już tylko historia. ![]() Jeszcze rzut oka na "mój szpiegowski pojazd" Jeszcze wtedy byłem tylko pasażerem, ale nieoficjalnie mogę się przyznać... Star 200 - super maszyna w tamtych czasach. 150 koników pod maską, która skutecznie utrudniała przemieszczanie się we wnętrzu kabiny. Obowiązkowe koce na masce stanowiły miły element poprawiający ogólną estetykę kabiny, której nie poprawiała bynajmniej "tapicerka" z dziurkowanej płyty pilśniowej.
czwartek, 05 listopada 2009
![]() Połowa lat '80. Widok na budowę estakady. Wiadomość o rozpoczęciu prac przy budowie obwodnicy południowej Gdańska, czy też całego Trójmiasta, skłoniła mnie do zamieszczenia ostatnich już porównawczych zdjęć z "wiecznie" budowanej gdyńskiej estakady. ![]() Przy okazji szerszego planu można zaobserwować zmianę jaka zaszła w innych miejscach. ![]() Odnalezienie miejsca z którego zostało zrobione poprzednie zdjęcie jest już niemożliwe. Całe wzniesienie powyżej tak zwanego Pekinu zostało zabudowane. Jedynie w tym miejscu, z którego zrobiłem współczesne zdjęcie znajdowała się luka wolna od zabudowy. No cóż, prawie 30 lat minęło... Nawet dla drzew, które rosną powoli, to szmat czasu. |