| < Styczeń 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
A tu kontakt do mnie
Czasem zajrzę
Odpad poprodukcyjny
Ściągawki
Wieki temu
Wpisy udźwiękowili...
Znajome klimaty
Znasz li ten kraj?
Drogi Czytelniku. Blog jest moją odpowiedzią - pół żartem, pół serio - na paniczny strach, jaki ogarnia oficjalne czynniki na wszelkie zakusy wspominania minionego okresu. PRL zaistniał w naszej historii - czasem trwa nadal - i trzeba się z tym oswoić. On jest też o tym, że nasze otoczenie zmienia się powoli, lecz nieustannie, czasem dopiero po wielu latach to zauważamy, bo podczas codziennej gonitwy myślimy, że cały czas jest wokół nas tak samo. A to tylko złudzenie optyczne...
niedziela, 29 stycznia 2012


Za moich czasów to było nie do pomyślenia - tak często reagują starsze pokolenia, z dezaprobatą patrząc na to, co wyprawia "ta dzisiejsza młodzież". Pomijając zachodzące na przestrzeni dziejów zmiany kulturowe, dużą część tych narzekań można by zawrzeć w stwierdzeniu: zapomniał wół, jak cielęciem był. Ale starzy idą w zaparte. Dopóty, dopóki nie wyda się w końcu, że i oni nie byli święci za swojej młodości. Muszą jednak tak postępować - dla dobra kolejnych pokoleń. To podobnie jak z wiarą w św. Mikołaja. Tak długo łżą w żywe oczy rodzice swoim dzieciom, że to nie oni dostarczają gwiazdkowe prezenty pod choinkę, jak długo to tylko możliwe. Taka kolej rzeczy.

Pewne zachowania są niezmienne i jak choroba zakaźna, przechodzą z pokolenia na pokolenie. Ale powstają nowe choroby, nieznane wcześniej. I tu można zastosować słowa: za moich czasów... itd.

Nie ma mnie na Facebooku, oraz nie obchodzi mnie, czy na przykład mój blog będzie miał jakieś "lajki" (tak to chyba się nazywa?), ale trudno nie zauważać, że takie coś istnieje i jako zjawisko społeczne mnie żywo interesuje. Z takich też względów spojrzałem na tekst, który ostatnio robił furorę. O pewnej Magdzie, która nagle zniknęła z Facebooka. Pomyślałem: cóż może być aż tak niezwykłego w tym, że znika jedna osoba z portalu społecznościowego, na którym są ich miliony (a może to zbyt skromna nazwa na coś, co zawładnęło już nieomal wszystkim i wszystkimi)?
Historia stara jak świat: znudzony małżeństwem koleś "gonił króliczka". To za wszystkich "moich czasów" się zdarzało i zdarzać będzie. Nawiasem mówiąc, patrząc na miłą twarz, spoglądającą na mnie z wirtulandii: pewnie też bym pobłądził. Żadna nowość. Nowością natomiast jest, że w dzisiejszych czasach wszystko zaczyna się rozwarstwiać na dwa równoległe światy - ten realny i ten wirtualny.
Wracam do propozycji spotkania przy kawie. Dobrze nam się rozmawia przez Facebooka, to tym bardziej dobrze nam się będzie rozmawiało w rzeczywistości. Dla nas obojga to jest oczywiste. - myśli goniący króliczka. Wydawałoby się, że to rzeczywiście takie oczywiste, ale niestety są to zaledwie "rozmowy". Papier - ten wirtualny też - wszystko przyjmie. Nic nie jest w stanie zastąpić tej prawdziwej - twarzą w twarz - rozmowy. Że tak jest naprawdę, okazuje się pod koniec artykułu, bo wszyscy Magdę znają i kochają, wiedzą, że pracuje "na trzecim piętrze", ale... nikt tak naprawdę jej osobiście nie znał i nie widział!?! Śmiech przez łzy. No i tu z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić: za moich czasów to było nie do pomyślenia. Nawet jeśli znało się "Magdę z 3. piętra" z opowieści innych współpracowników, to ona na tym pietrze rzeczywiście za biurkiem siedziała.

Jest jeszcze epilog.
Nadal nie wiem, z kim rozmawiałem przez półtora miesiąca. Nie mam pojęcia, po co ten ktoś to zrobił... Mogę jedynie napisać, po co ja całą sprawę opisałem.
Jeśli ktoś potrafił stworzyć fikcyjną postać w tak specyficznym środowisku, jak dziennikarskie (jesteśmy podejrzliwi, potrafimy weryfikować informacje, wszyscy się znamy - również z ludźmi z konkurencji)... to może to zrobić właściwie wszędzie.
Tyle. Może Wy wiecie, kim jest Magda M.?
Pominę milczeniem dobre mniemanie autora o sobie i całym środowisku dziennikarskim (weryfikowanie informacji - śmiech na sali). Coś mi się zdaje, że niedługo większość ludzi będzie potrzebowała takiego "incepcyjnego" bączka, który będzie informował ludzi, w jakim świecie aktualnie przebywają... Za moich czasów: nie do pomyślenia.

A co z tą dalszą chęcią poszukiwania Magdy M., skoro wiadomo, że "poszukiwany-poszukiwana" nie istnieje? No bo trochę "mleka się rozlało", czyli poufne informacje poszły w świat i nie wiadomo teraz kto spił to mleko. Flirt się skończył, zaczęło się prawdziwe gonienie króliczka.

Gdyby tak w wirtualnym świecie działała poczciwa recepta na sprawdzenie prawdziwości sytuacji: uszczypnij mnie, to cała historia potoczyłaby się inaczej. No tak, ale do uszczypnięcia byłaby potrzebna druga - jak najbardziej realnie istniejąca - osoba...


 
*  *  *  *  *  *  *

Nie pierwszy raz w historii ludzkość zastanawia się, co się stało z Magdą...

Perfect - Co się stało z Magdą K








piątek, 27 stycznia 2012



Rumia - główna droga przelotowa - ul. Jana III Sobieskiego


Nasze społeczeństwo widocznie ma już dość niewidzialnej ręki rynku i coraz głośniej kręci nosem na ceny paliw (faktem jest, że nasi rządzący swoją - widzialną już - rękę przyłożyli). Nawet chce blokować - jeżdżąc 40 km/godz. - z takim trudem wybudowane autostrady, abyśmy mogli jeździć o setkę więcej. A miało być tak pięknie, co? Konkurencja, która wymusi tanie ceny i takie tam dobrodziejstwa, które miały stać się naszym udziałem, gdy tylko zniknie z naszej rzeczywistości gospodarka centralnie sterowana - wszystko jakoś najlepiej sprawdza się w teorii. W praktyce bywa już różnie. Jak szyderczy śmiech historii brzmią dziś słowa, które wypowiedział "wieki temu" pewien "polityczny" podczas jednej z politycznie poprawnych posiadówek podczas mojej służby wojskowej: "kapitalizm jest zły, bo doprowadza w gospodarce do konkurencji, która w linii prostej prowadzi do powstawania monopoli". Niezłą polewkę mieliśmy z niego wtedy. Ale jednak coś w tych słowach jest...

No, ale do rzeczy: co tu robią te zdjęcia w związku ze związkiem?
Powyższe nie ma bezpośrednio żadnego związku z paliwami. Ale już pośrednio... Nie zliczę ile razy przejeżdżałem obok widocznego na zdjęciu miejsca. No i tak sobie jeździłem i jeździłem, aż nagle... coś mi się pusto zrobiło tutaj.
Stały sobie zabudowania i już ich nie ma. Zacząłem wertować pliki w szarych komórkach. Tam była jakaś duża firma budowlano-transportowa swego czasu...  Przez długi czas nijak nie mogłem sobie przypomnieć jej nazwy i w sumie sobie odpuściłem. Aż tu nagle jakieś połączenie nerwowe się odblokowało: Fimak! Tak to się nazywało. W internecie natrafiam tylko na mizerny ślad potwierdzający stan mojej pamięci: "Ryszard Figurski. Właściciel firm "Fimak" i "Figra Holland Ltd.". Jedna sprowadza do Polski alkohol, druga benzynę i holenderskie ciężarówki daf. Zbudowana przy wjeździe do Gdyni od strony Rumi wielka stacja benzynowa kosztowała 25 mld." (fragment opisu z tyg. "Wprost" z roku 1991).

Tyle tylko znalazłem w sieci. Kto dziś pamięta, że właśnie ta firma kupiła byłą stację CPN w Cisowej (obecnie Orlen), a jej resztki starego zadaszenia leżały sobie na placu, gdzie dziś stoi Castorama obok stacji PKP w Rumi. Kto dziś również pamięta, że zanim powstał obecny market, w pierwszych latach naszego kapitalizmu już zaczęto wykonywać wykopy pod dom handlowy "Fimaka". Później pojawiły się chyba przekręty z paliwami, czy też alkoholem... Rozpoczęte wykopy zasypano, o firmie słuch zaginął... Tak samo zniknął z listy najbogatszych Polaków tygodnika "Wprost" sam Ryszard Figurski. W 1990 - 19, w 1991 - już 48. Później już nie notowany (na liście).


Poniżej: chyloński wkład w sektor paliwowy. Zdjęcia pochodzą z lata 2009, ale chyba niewiele się do dzisiaj w tym miejscu zmieniło. Czyżby kolejne miejsce na osiedle mieszkaniowe? Kto wie? Jednak przez wiele lat znajdowała się tu - przy ul. Puckiej - baza paliwowa CPN, z własnym oddziałem straży pożarnej, której fragment "obserwacyjny" widać na ostatnim zdjęciu. Fotki oczywiście czekają na zmiany w otoczeniu - wtedy nabiorą wartości.









*  *  *  *  *  *  *

A propos ostatniej fotki...

Jimi Hendrix - All Along The Watchtower









czwartek, 26 stycznia 2012


Przez miesiąc będzie można oceniać kulturę osobistą kierowców i motorniczych komunikacji gdańskiej (art.). Oczywiście, jak to przystało na obecne czasy, za pomocą internetowej strony ZKM. Przypomniało mi to podobną akcję z przełomu lat 70/80, gdy wybierano najlepszego kierowcę trójmiejskiej komunikacji. Jednak cała tamta akcja wymagała od uczestników wysiłku, który byłby prawdopodobnie nie do udźwignięcia w dzisiejszych czasach. Trzeba było kupić gazetę, wyciąć z niej kupon i wysłać (po drodze kupić znaczek itp. trudności). O ile pamięć mnie nie myli, to wygrał wtedy kierowca linii 102, która przebiegała pomiędzy chylońskim dworcem PKP a rzeźnią. Ponoć przerąbana wtedy linia: krótka i wiodąca przez wiecznie zakorkowane przejazdy kolejowe na ul. Puckiej. A pamiętać trzeba, że w owych czasach "ogórki" nie miały automatycznych skrzyń biegów. Chociażby ze względu na ten drobiazg konstrukcyjny, szczerze podziwiam tamtych kierowców, którzy nieźle musieli się napedałować przez dniówkę. I pewnie żadnym pocieszeniem dla nich nie mogło być stwierdzenie: duży może więcej!



Duży może więcej w odmianie warszawskiej. Zdj. ze zb. NAC.

Mniejsza jednak o wyniki plebiscytu i ważność rozmiaru. To był tylko pretekst do zadania sobie samemu pytania (w świetle nieuchronnie zbliżających się "aktów", czyli ACTA). Czy zamieszczenie tego zdjęcia kwalifikuje mnie do grona przestępców nie szanujących praw autorskich?
Przez chwilę załóżmy, że rzecz dzieje się wiele lat temu w realnym świecie. Poszedłem do biblioteki, obejrzałem album ze zdjęciami, poprosiłem o skserowanie strony ze zdjęciem i pokazałem je kumplom z bloku. Wydaje się, że w takim przypadku nikt by nie poszedł "siedzieć".
A teraz całą sytuację przenoszę do wirtualnego świata. Odwiedziłem wirtualną bibliotekę NAC, skopiowałem zdjęcie i właśnie pokazuję je "kumplom", czyli czytelnikom bloga. Świat poszedł naprzód, więc sposób pokazywania też się zmienił. W obydwu przypadkach grosza z tego nie mam, tylko czas swój poświęciłem.

We wpisie daję linka do oryginału, więc nie podszywam się za autora zdjęcia. W sumie tylko oszczędzam zaglądającym "wysiłku" kolejnego kliknięcia. Blog prowadzę na użytek własny. Nie czerpię z niego materialnych korzyści. Zakładam więc, że jestem facet, któremu nie grozi konflikt z ACTA (choć nie mam takiej pewności). No ale gdybym, dajmy na to, czerpał korzyści z reklam zamieszczanych na blogu...? Czy w takim wypadku można by mi zarzucić, że zdjęcie zamieściłem w celu uatrakcyjnienia wpisu, co miało na celu zwiększenie klikalności, a tym samym zwiększenie wpływów z reklam (co przekreśla hobbystyczne pojęcie: "użytek własny")???
I tu mamy pole do popisu dla swobodnej interpretacji przepisów...



*  *  *  *  *  *  *

Ale skoro mają mi coś zarzucić, to pojedziemy po całości i popiratujemy muzycznie.

The Beatles - Ticket To Ride








P.S. A co z dodatkiem zapałczanym? Ktoś jest autorem tego, ale kto? Fabryk nie ma...
      To się porobiło. Woda na młyn prawnikom.
wtorek, 24 stycznia 2012


Trudno mi się wypowiadać na temat, który mnie w sumie niewiele interesuje (choć być może powinien?) i skutkiem tego braku zainteresowania, niewiele z niego rozumiem. Chociaż nie... zapewne - jak zwykle - chodzi o kasę. Tyle z rozumiem z ACTA. W końcu wolność mamy! I nie muszę się interesować wszystkim. Ja tam wolę "obracać w palcach złoty pieniądz i przeraźliwie nudzić się", żeby tak pojechać klasyką z piosenki Perfectu, czyli z czasów, gdy zaczynaliśmy łapać pierwsze oddechy - nieśmiałe jeszcze - wolności. No właśnie: Perfect i jego lider - Hołdys... Jak ja mogę cokolwiek rozumieć, gdy wypowiadają się w temacie ludzie, którzy sami niewiele z tego rozumieją? Dziś czytam, że Hołdys sam określa się jako niestrudzony bojownik przeciw piractwu, a przecież sam używał oprogramowania pirackiego, do czego się przyznał: "Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. W mojej firmie takie coś nie powinno było się zdarzyć. Sam jestem częstą ofiarą piratów i wiem jak to boli" - mówi Hołdys. (art.).
A ja tak dzielnie walczyłem, przy wejściu do hali gdańskiego NOT-u, aby dostać się na koncert Perfectu (wtedy pierwszy raz obserwowałem test wytrzymałości szyby na naprężenia spowodowane naciskiem ludności - ostatecznie szyba nie wytrzymała testu). "Spijałem słowa z waszych ust" i co? O to walczyliśmy, aby pirat walczył z piractwem?


"Dziesiątki serwisów, w tym te naprawdę popularne, czyli Kwejk, Demotywatory czy Wykop, łączą siły w proteście przeciwko ACTA". Cóż ja biedny mogę dodać do tematu, skoro przytoczone nazwy... nic mi nie mówią! Naprawdę! No może "Wykop" jakoś mi się przewinął jako nazwa, ale reszta? Przyznaję, dziwny taki jestem: mieszkać mam gdzie, do pierwszego z powodzeniem wystarcza, geny przekazane, więc już tylko obserwuję, jak to się ludzie motają w oparach wolności. Teraz wy, młodzi, wychodźcie na ulice, budujcie barykady! I tak długo wytrzymaliście. Twardziele z was. Wasi rodzice i dziadkowie to przy was mięczaki. Wystarczała byle podwyżka ceny kilograma cukru i mąki, aby wyjść na ulice. W oparach wolności można znacznie więcej znieść (choć wszystko ma swoje granice, bo coś ludność zaczyna irytować cena benzyny).

I tak siedząc w bujanym fotelu, pykając dym z fajeczki i obracając ten złoty pieniądz**, taka wapniacka myśl mnie naszła: czy wszyscy naprawdę myśleli, że w nowych czasach wszystko wszystkim będzie wolno? Jak się społeczeństwo za bardzo rozbryka, to znajdą się metody, aby obszar wolności nie był zbyt wielki. Tak to już jest, od wieków...



*  *  *  *  *  *  *


Perfect - Obracam w palcach złoty pieniądz






**bujanego fotela nie mam, w ogóle nie palę, złotej monety też nie posiadam, ale opis działa na wyobraźnię, prawda?

niedziela, 22 stycznia 2012




Ostatnio więcej siedziałem i czytałem, niż myślałem o nowych wpisach. Niestety, siedziałem nie w takich okolicznościach przyrody, jak na powyższym zdjęciu, ale przed ekranem komputera. Poza tym przeprowadzałem eksperyment na swoim blogowym życiu, dodając od siebie swoje trzy grosze pod różnymi artykułami, nie omieszkując dodać linka do odpowiednich wypowiedzi. Taka odskocznia i amatorskie badanie ludzkich zachowań w sieci. Może kiedyś wspomnę słowem o wnioskach z eksperymentu płynących? Teraz pomału będę wracał "do kieratu", czyli do kolejnych wpisów.

Gdy przeczytałem kilka miesięcy temu, że u zbiegu ul. 10 Lutego i Świętojańskiej może powstać hotel, to czym prędzej postanowiłem zacząć uwieczniać to miejsce. Może rzeczywiście jest trochę zapomniane, ale dające jakiś oddech pośród zwartej zabudowy tych okolic. Jednak wczoraj przeczytałem, że stanie tu wieża widokowa i... 65 kontenerów
(art.). Ma to być gdyński Infobox, który ma pomieścić salon prasowy, kawiarnię z tarasem i pawilony wystawowe. Nie to żebym od razu narzekał na zmiany, bo może one wyjdą temu miejscu na dobre, ale ta wieża widokowa... W tym miejscu to trochę coś "zamiast". Zamiast tego obiektu, który według niegdysiejszych planów miał stanąć na szczycie Kamiennej Góry (skończyło się na krzyżu), zamiast dostępnego dla ogółu tarasu widokowego na Sea Towers. Jakieś nieporozumienie z tego typu elementem w tym miejscu. O tym "zamiast" jakby świadczą słowa, według których Infobox i wieżę "połączy rodzaj parawanu, który zasłoni nieciekawe otoczenie z tyłu placu". Coś w rodzaju zasłony dymnej? To może przetrwa bar na zapleczu, bo oto z żalem w głosie zaskamlała moja młodzież: "najlepsze poimprezowe zapiekanki znikną!".  Osobiście nie wiem. Nie sprawdzałem. Po imprezach (nielicznych) grzecznie wracam prosto do domu, ale wiadomo - już nie dla mnie słowa piosenki Perfectu: "młode koty lubią włóczyć się".

Tak jeszcze z uśmiechając się w duchu, przeczytałem argumentację wyboru klocków: "kontenery kojarzą się jednoznacznie z krajobrazem miasta portowego". Hmmm. A nie tak dawno, przy innej okazji twierdzono, że "kontenery przy ul. Hutniczej psują obraz miasta". Tu o tym było. Co prawda kontener kontenerowi nierówny, ale powinniśmy się zdecydować co do roli kontenera w obrazie miasta.

Natomiast nie mam zastrzeżeń do projektu pomnika na miejscu, w którym spoglądała na nas przez wiele lat "Natasza". Jeśli tak to będzie wyglądało, jak na projekcie, to czemu nie. Trzeba będzie tylko później zadbać, aby latająca część naszej natury, nie niweczyła obrazu całości. Bo my tak przejmujemy się tą naturą, a ona ma na dzieła naszych rąk - że tak ujmę to w prostych, żołnierskich słowach - nasrane.



Stara zabudowa (w remoncie) ul. Morskiej nocą


*  *  *  *  *  *  *

Według artykułu: "za 10, 15 lat Gdynia będzie wyglądała zupełnie inaczej". Ale metra to raczej nie będzie, co? Taka prosta myśl mnie naszła...


Simple Minds - Moscow Underground









piątek, 20 stycznia 2012





Co słychać u tej zdjęciowej babci? Niestety nie wiem. Zdjęcie zrobione dwa lata temu (był tu sklep, czy też bar?). Aktualnego - póki co - brak. Może coś się tu zmieniło, bo ostatnio wiele zmian zachodzi w starej części Wejherowa. Będzie okazja, to się sprawdzi.

Natomiast zalecam sprawdzenie, co się dzieje u waszych babć. I dziadków, przy okazji. Choć z tym dniem dziadka to dziwna sprawa - niby jest, ale jakby go nie było. Zawsze tylko ta babcia i babcia. Żądam równouprawnienia! ;)


*  *  *  *  *  *  *

Odwiedziny zaleca się nie tylko raz w roku - od święta. Bo babcia jest "Never for Ever" (album Kate Bush z 1980).

Kate Bush - Babooshka



środa, 18 stycznia 2012


Znowu aktualne sprawy stały się inspiracją do nieplanowanego wpisu. Tak już bywa, że inspirują mnie sprawy różnego kalibru i w różne kierunki one prowadzą moje myśli. Informacja o przepychankach i "wolnej amerykance" w wyścigu do łodzi ratunkowych na statku wycieczkowym Concordia, gdzie podobno trudno było o zasadę: pierwsze kobiety i dzieci, jest z typu tych ciężkich. Gdybym był złośliwy i bez serca, to przyłączyłbym się do chóru komentujących, którzy coś przebąkują o równouprawnieniu. To są oczywiście wypowiedzi poniżej pasa, więc nie mam zamiaru się nimi zajmować. Chciałbym jednak, mimo wszystko spojrzeć wstecz (do tego służy wszak ten blog) w lżejszym klimacie, bo przypomniała mi się inna "katastrofa". Tym, którzy mogą być zniesmaczeni, na jakie manowce sprowadziła mnie wspomniana informacja, wyjaśniam, że nie możemy żyć wszystkimi smutkami tego świata. Życie toczy się dalej.



Dziś synowie się nie trwożą burz ni szumu morskich wód - Gal Anonim


Oto mamy rok 1965. Gdy w gdyńskim porcie odsłaniano widoczny na zdjęciu pomnik, Kapitan Sowa znowu był na tropie. Tym razem tropił zabójcę szantażysty.

Część pierwsza odcinka
(niecierpliwi mogą pominąć).

W drugiej części - tuż przed dziesiątą minutą - sprawa się wyjaśnia. Tak samo wyjaśnia się związek filmowej katastrofy statku "Regina" ze współczesną.

Część druga odcinka.


Niestety, gdy śmierć zaczyna nam zaglądać w oczy, często górę bierze instynkt samozachowawczy. I tu się okazuje, że w życiu jest inaczej niż w kinie.



*  *  *  *  *  *  *

Przy okazji tego odcinka proszę zwrócić uwagę, kto wtedy (według twórców filmu) robił pamiątki z buszu dla naiwnych wędrowców? Bynajmniej nie robiła to ręka Chińczyka...

T'pau - China In Your Hand










 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 60