Wapniak na świat spogląda
Blog > Komentarze do wpisu

Dwie setki bez galaretki, czyli chleba i igrzysk, czyli wszystko już było...



Jakieś pokrętne tytuły często wychodzą spod mojej głowy, które są wypadkową tego, co się dzieje dziś i co było wczoraj. Choć początkowo może pozbawione są sensu, to gdzieś tam pokątnie łączą się one w całość. Rozpoczniemy od "dwóch setek". Przeprowadzono kilka dni temu ogólnoświatową akcję gaszenia żarówek. Toż to nic innego jak igrzyska dla ludności, która cieszy się jak dziecko, oglądając później obrazki przed i po zgaszeniu żarówek. No i to poczucie spełnienia obywatelskiego obowiązku. To nic, że ta chwilka niczego nie zmieni. To nic, że większość z ludzi, tak na moment przejętych losem naszej planety, za kilka dni kupi nową zabawkę zużywającą kolejne porcje energii elektrycznej (bezpośrednio lub poprzez powtarzane doładowywanie baterii). Ważne jest dowartościowanie się: dałem godzinę dla Ziemi, a reszta roku już tylko dla mnie i moich potrzeb.

Muszę przyznać się bez bicia, że w zaciszu domowej piwnicy (niechcący, ale przecież nieznajomość...) dokonałem sabotażu całej akcji. Mam w podziemiach na wyposażeniu żarówkę 200W i właśnie tego wieczoru, gdy większość ludzkości dokonywała powrotu do przeszłości, chcąc zanurzyć się w ciemnościach, ja przy pomocy mojej (zabytkowej?) żarówki zachowałem niepoprawność polityczną. Targają mną obawy, że będę za taką postawę smażył się w piekle, ale jednocześnie mam nadzieję, że do czasu mego zejścia, ekolodzy rozprawią się z problemem jego istnienia. Wszak takie ognie piekielne muszą nieźle przyczyniać się do efektu cieplarnianego. I to z pewnością w większej mierze, niż moja ulubiona żarówa.


A poza tym wszystkim, takie hocki-klocki z wyłączaniem na rozkaz żarówek już widziałem za czasów słusznie minionych, ale wtedy odbywało się to może mniej spektakularnie niż dziś. Pan w telewizorze pokazywał jakiś wskaźnik na tablicy w elektrowni, który miał drgnąć za sprawą skonsolidowanych działań społeczeństwa. Tak więc: wszystko już było...

Tak jak była już "seta i galareta". A wczoraj czytam o czymś takim, ale poprzedzonym jakby długoletnim oczekiwaniem: "Moda na lokale, które w niskiej cenie oferują przysłowiową setę i towarzyszącą jej zakąskę, w końcu rozwinęła się w Trójmieście. W naszej metropolii przybywa miejsc, do których nawet na chwilę można wpaść na kieliszek wódki i zagryźć ją śledzikiem.". He he he. Mody się same nie tworzą. Ktoś nam je zręcznie podsuwa. To co było w PRL normalnością, teraz wraca "w końcu", jako moda zawinięta w papierek z nadrukiem 'ę-ą'. Cóż, chleba i igrzysk nam tylko do życia potrzeba...


No to już właściwie z całym tytułem notki się rozprawiłem, ale żeby nie było tak bez zdjęć, to tak jeszcze pociągnę w klimacie gastronomicznym. Zaczęło się od zdjęcia z archiwum NAC  z roku 1934 podpisanego: "fragment budynku z wejściem do restauracji "Picadylli". Trzeba było zainteresować się tematem, wertując po raz kolejny "Encyklopedię Gdyni".


"Picadylli" - jedyna w Gdyni lat 30. restauracja koszerna, ulokowana w podwórzu hotelu Centralnego. Chodziło się do niej głównie dla niezrównanego smaku "gęsich pypków" (faszerowane gęsie piersi), "cyces" (słodkie ciasteczka) oraz szczupaka "po żydowsku".



Widać, że... hotelu - póki co - nie widać, czym obiekt wpisuje się w nurt oszczędności żarówek i całego globu.

Zanim zajrzymy na podwórze wspomnianego hotelu, to najpierw spojrzenie od frontu. Hotel "Centralny" został wzniesiony w 1928 roku przy ul. Starowiejskiej 1, w miejscu starej gospody. "Reklamowany jako "pierwszorzędny dom, pokoje zaopatrzone stale w ciepłą wodę i centralne ogrzewanie. Na dole była restauracja i winiarnia, duża sala pełniąca funkcję balowej lub teatralnej oraz ogródek ze stolikami dla gości, ukrytymi pod parasolami lub drewnianym daszkiem". Sielankę przerwała oczywiście wojna, ale po wojnie właściciel odzyskał prawo posiadania budynku. Nie na długo jednak. W 1949 wprowadzono przymusowy zarząd państwowy, a w 1960 roku stało się własnością Państwa, zmieniając jednocześnie nazwę hotelu na "Bristol". Jak czytamy dalej w "Encyklopedii Gdynia": "Po 1989 został przez rodzinę Skwierczów odzyskany. Egzystuje jako hotel "Lark". Do rejestru zabytków wpisany 29.04.1996". Wszystko jednak wskazuje, że obecnie trwa remont i na zakwaterowanie w hotelu trzeba będzie poczekać.



Na zapleczu wygląda tak. Czy w widocznym po lewej budynku znajdowała się restauracja "Picadylli" i czy w ogóle tamten obiekt istnieje? Tego moja wiedza nie obejmuje. Ale jesteśmy "w podwórzu hotelu Centralnego", więc gdzieś w tych okolicach ta restauracja się znajdowała.


*  *  *  *  *  *  *

To włączmy sobie znowu te żarówki, aby karpik (może być po żydowsku) trafił nam wprost do przełyku...

Genesis - Turn It On Again (live)







niedziela, 01 kwietnia 2012, slawnw

Polecane wpisy

Komentarze
2012/04/02 01:25:07
GDZIE SĄ KIOSKI ?, :D wybrałem się na spacer w dobrze mi znanych miejscach i zobaczyłem że znikoło wiele kiosków co przez parę lat tam stały

1.Już wspomniany kiosk obok lidla na grabówku
2.Kiosk przy piekarni Paryskiej w chyloni
3.Kiosk na ulicy chlońskiej niedaleko zamenhowa(było tutaj jego zdjęcie)
4.W sumie taki kiosk/budka obok kościoła parafi św józewa
-
slawnw
2012/04/02 20:07:31
Kiosków tu kilka już wystąpiło, więc może niedługo czas na wpis zbiorowy? Mam jeszcze dwa na oku do zrobienia, ale zawsze światło nie pada jak należy...
Co do znikania kiosków jako samodzielnych, wolnostojących punktów sprzedaży już się wypowiadałem:
gdywstecz.blox.pl/2010/06/Kiosk-w-komorce.html
-
2014/09/08 15:14:02
A propos wpisu z 2012 roku o restauracji Picadilly. Miejsce istnieje do dziś. Zle Pan szukal.
Jeśli chce Pan wiedzieć więcej, proszę o kontakt: boroovax@poczta.fm
Darek