Wapniak na świat spogląda
Blog > Komentarze do wpisu

Coca-Cola - 20 lat po



Impulsem do dzisiejszego wpisu stała się wiadomość o proteście pracowników łódzkiego zakładu Coca-Coli (art.). Zdarzenie z punktu widzenia całego kraju o niewielkim znaczeniu - dotyczy zaledwie 160 osób. Pomimo tego, że dla tych osób jest to zapewne życiowy problem numer jeden, podchodzę do tego dość obojętnie, gdyż gdy likwidowano "mój" oddział PKS-u nikt się nade mną nie rozczulał. Sam musiałem się o siebie (i swoją rodzinę) zatroszczyć. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. Takie życie, więc wybaczcie pracownicy łódzkiego oddziału, ale z tej okazji zebrało mi się na kilka słów wspomnień nie do końca związanych z artykułem, choć wpis dotyczy tytułowej firmy.



Cola rozlała się po całym kraju. Zdjęcie z archiwum: dworzec Łódź Fabryczna to już historia. Łódzka Coca-Cola też?


Całe moje życie zawodowe spędzam na "kierowniczym stanowisku", lub jestem - jak to mi kiedyś "życzliwa" osoba mi uświadomiła - zaledwie "kierowczyną", przy okazji dodając, że kierowcą to każdy być może. Patrząc na ulice naszych miast zalanych samochodami, którymi nie mogą przecież kierować sami wybrańcy z wyjątkowymi zdolnościami, mogłoby się to zgadzać. Tyle że nie każdy chciałby pracę kierowcy zawodowego wykonywać. Wbrew pozorom, nie jest to lekki sposób zarobienia na kawałek chleba (-a co ty niby takiego robisz w tej pracy? tylko siedzisz i jedziesz). Nie narzekam jednak na swój wybór - choć zdarzały się chwile, gdy człowiek miał wszystkiego serdecznie dosyć - bo przede wszystkim nie jest to nudne zajęcie. Codzienne odbijanie karty przy bramie wejściowej zakładu, to nie dla mnie. A już praca przy taśmie, to już jakiś horror byłby. Śmierć natychmiastowa. No ale żeby tę z założenia nie nudną pracę jeszcze sobie urozmaicić, to często zmieniałem pracodawców (nazwijmy to: zdobywałem doświadczenie). Dzięki temu poznałem wiele zakładów pracy od środka, w tym i dzisiejszego bohatera wpisu.

Zaledwie rok tam przepracowałem, choć już po kilku miesiącach pracy wiedziałem, że to była pomyłka życiowa. Jednak w tamtych czasach (wspomnieniami cofam się o 20 lat), trzeba było przepracować pełen rok, aby otrzymać płatny urlop, więc przecierpiałem i swoje wyciągnąłem. Chociaż przez ten czas wyroby koncernu niewiele się zmieniły (zmieniały się za to intensywnie nazwy "właścicieli", dziś to jakiś "Hellenic Polska"), to obraz pracodawcy przez te dwie dziesiątki lat zmienił się nie do poznania. Obecnie: bida z nędzą. I nie mogą tego mojego obrazu zmienić jakieś tam nagrody, przyznawane w ramach towarzystw wzajemnej adoracji, które zauważają , że firma: "zapewnia godne warunki pracy, wspiera rozwój gospodarczy i społeczny" (to można wspierać rozwój gospodarczy likwidowaniem zakładu???).
Ależ to było na początku na bogato. Cały parking gdyńskiej rozlewni zastawiony mrowiem służbowych - nowiutkich, czerwonych - volkswagenów (dyro zasiadał za sterami mercedesa), zastępy kierowców-sprzedawców w nieskazitelnie czystych białych koszulach, skrytych pod zielonymi uniformami, raźno zapieprzały, pchając wózki z napojami, na które czekała spragniona Polska. Później doszły do tego "oddziały szturmowe" - tak zwani przedsprzedawcy, którzy nakłaniali do zakupów, zbierając jednocześnie zamówienia. Dziś to już odległa przeszłość (szczątki parku samochodowego zobaczysz tu). Amerykański sen na naszym gruncie się nie sprawdził - trzeba było szybko zejść na ziemię ze zbyt optymistycznymi planami. Faktem jest, że na początku bardzo byliśmy spragnieni poznawania smaków, których nie było nam dane spróbować za PRL-u. Jak wielkie było to pragnienie mogłem naocznie przekonać się, gdy ukazała się - w plażowym klimacie - telewizyjna reklama Fanty. To naprawdę działa! Napój, który przed emisją reklamy sprzedawał się tak sobie, nagle stał się produktem numer 1, spychając na dalszy plan nawet sztandarowy produkt - klasyczną colę. Po tygodniu, zaczęło już brakować towaru w magazynach...

Dziś już wiele rzeczy nam spowszedniało, choć nadal jesteśmy pod działaniem reklam, nawet jeśli idziemy w zaparte, twierdząc, że to nas nie dotyczy. A sama Coca-Cola nie ma już posmaku niedostępnego zachodu. Być może wynikiem tego spowszednienia produktu, jest sytuacja łódzkiego zakładu. Piszę "być może", bo diabli wiedzą, co tam korporacje kombinują. Na chłopski rozum, to chyba koszty transportu są mniejsze, gdy rozprowadza się towar z centralnego punktu kraju, niż na przykład z "kącika": zakład w Niepołomicach koło Krakowa? Nie przez przypadek w rejonie centralnej Polski (Łódź - Tomaszów Mazowiecki) powstały wielkie centra dystrybucyjne wszystkich wiodących sieci marketów. No ale co jak tam, malutki żuczek, mogę wiedzieć o świecie wielkich korporacji.


*  *  *  *  *  *  *

Pozostańmy muzycznie w oparach Coca-Coli. Wiśniowej, która u nas furory nie zrobiła.


Eagles of Death Metal - Cherry Cola









wtorek, 17 stycznia 2012, slawnw

Polecane wpisy

Komentarze
2012/01/18 16:21:47
Ciekawy artykuł znalazłem biznes.interia.pl/news/strategie-upadle-anioly-wsrod-marek,1012578,
-
slawnw
2012/01/20 20:54:33
Tych "upadłych aniołów" zebrałaby się całkiem spora gromadka. Na razie przejrzałem po łebkach. ;)
-
slawnw
2012/01/27 21:39:16
Mały fragmencik mnie zaciekawił w kontekście coli:
Na początku 2006 r. marka Bonaqa, którą Polacy wymawiali "bonakła" (większość z nich do dzisiaj jest przekonana, że tę nazwę należy pisać "Bonaqua"), z rynku znikła.
Dziwna sprawa. Okazuje się, że Coca-Cola w różnych krajach, różnie nazywa wodę. Jest "Bonaqa" ale jest też "Bonaqua". Sporo dowodów na to w sieci (a i ja mam swoje osobiste obserwacje to potwierdzające).