Wapniak na świat spogląda
Blog > Komentarze do wpisu

W dzień targowy





Już prawie pół roku mija, gdy wziąłem sobie w zakładki pewien artykuł (Czy dyskonty zabiją osiedlowe sklepy?), z którego zieje dość katastroficzna wizja przyszłości drobnego handlu... O kurczę. Przypomniało mi się teraz, że były takie nie wirtualne zakładki: wyglądało to jakby zrobione z oczyszczonej - przezroczystej - kliszy filmowej, której dwie części splecione były kolorową wstążeczką. No i coś tam w środku było. Często jakieś kadry z filmów... Tak mi się autentycznie teraz przypomniało o tych "filmowych" zakładkach.
No ale wracając do katastroficznej wizji... "W ciągu pięciu lat padła jedna trzecia małych, rodzinnych sklepów. W 2005 roku było ich niemal 74 tys. Teraz tylko 53 tys.". Okazuje się, że najgorzej jest w małych miejscowościach - poniżej 100 tys. mieszkańców, gdzie padło 64% małych sklepów. Im większe miasto, tym jest lepiej: "W ciągu ostatnich trzech lat w 17 największych miastach w Polsce upadło 28% punktów spożywczych". Na koniec artykułu jest jednak małe światełko w tunelu dla małych sklepów: "Ich liczba będzie systematycznie maleć. Ale nadal będą istnieć". I pewnie tak będzie.



Trudno tu dyskutować z oficjalnymi liczbami, ale tak rozglądając się dookoła, to nie widzę masowej likwidacji drobnego handlu. Te powyższe pawilony, znajdujące się na Dąbrowie, istnieją już długie lata i wydaje się, że nic nie zapowiada ich końca. Pewnie obroty już nie te, niż -naście lat temu, ale wszyscy trwają na swoich stanowiskach.



Najprawdopodobniej to rok 1991. Stoiska sklecone z materiałów jakie kto miał pod ręką. Takie były początki chylońskiego rynku w nowej rzeczywistości. Właściwie to należałoby powiedzieć: początki na nowym miejscu, bo to było po przeprowadzce samozwańczego rynku sprzed pobliskiego supersamu.

Również często odwiedzany przeze mnie chyloński rynek (teraz trochę rzadziej) chyba ma się dobrze, pomimo wciąż rozrastającej się konkurencji. Pamiętam jak wieszczono jego koniec, gdy otwierał swoje podwoje Hit - dzisiejsze Tesco. Otwarty tuż za rogiem Lidl też nie spowodował  likwidacji rynku. A pośród handlujących do dziś rozpoznaję twarze ludzi którzy trwają tu na swoich stanowiskach "od zawsze". A propos ludzi. Tuż obok miejsca widocznego na powyższym zdjęciu handlował kiedyś człowiek zwany "wilkołakiem", ze względu na rzucające się w oczy mocno przerzedzone uzębienie. Jednak nie z tego powodu zagnieździł się on w mojej pamięci. Zapewne stało się tak ze względu na sposób prowadzenia przez niego działalności handlowej. Zaprzeczał on wszelkim regułom, jakimi powinien kierować się człowiek chcący zwabić do siebie jak największą liczbę klientów. U niego klient nie miał żadnych praw, poza prawem do zapłaty za towar. Jak za dużo wybrzydzał, to... przestawał być klientem. "Nie podoba się, to do widzenia! Następny proszę!" - takimi słowami "pozdrawiał" natręta. I co dziwne, ciągle miał klientów?!? Pewnie teraz już by w ten sposób daleko nie pociągnął, ale w początkach stolikowego kapitalizmu wszystkie chwyty były dozwolone.


Przy okazji swoistego stylu prowadzenia interesu, to chciałbym polecić obejrzenie filmu dokumentalnego Macieja Cuske pt. "Antykwariat" - dostępnego na YT w dwóch częściach (jeśli ktoś znajdzie wolne pół godziny). Myślę, że nie będą to zmarnowane chwile.



*  *  *  *  *  *  *

Black Gorilla - Gimme Dat Banana

W związku z tematem spożywczym, taki żart muzyczny z 1977 roku. Dość często słyszany przeze mnie w roku ukazania się piosenki - najprawdopodobniej pamiętam go z "Lata z radiem", bardzo przed laty popularnej audycji. Rzec by można: międzynarodowa. Z czołówką w kilku językach i z takowym skrótem wiadomości. Nawet nie wiem, czy nadal ta audycja istnieje w okresie wakacyjnym?



P.S. Odrobina czarnego humoru. "Czy dyskonty zabiją osiedlowe sklepy?" - zależy skąd będą miały ogórki. ;)

niedziela, 29 maja 2011, slawnw

Polecane wpisy

Komentarze
marzatela
2011/05/29 16:56:52
Byłam wczoraj na takim małym targowisku (a włąściwie jego resztkach - na pasie startowym dawnego lotniska na gdańskiej Zaspie) - na wszelki zaś nie kupowałam ogórków tylko pomidory.
I wiesz co mi się skojarzyło? W czasach PRL-u powszechne w sklepach były pomidory bułgarskie. Były one tańsze niż nasze krajowe, nikt ich nie chciał kupować, a jeśli już - to "na zupę". Po co myśmy je sprowadzali?

A te zakładki pamiętam. Kojarzę sobie nawet jakieś własne próby ich zrobienia.
-
slawnw
2011/06/01 22:42:07
To i czarny humor diabli wzięli... ;)
Coraz ciekawiej się robi z tymi ogórkami. Zobaczymy jak się sytuacja rozwinie. No to mamy niezły pasztet teraz, coś tak jak zupę z bułgarskich pomidorów. :)