Wapniak na świat spogląda
Blog > Komentarze do wpisu

Z deszczu pod rynnę





"Największy gadżet Sopotu", który "ubarwiał szarość życia" - jak zapewnia napis na pomniku, lub po prostu "Maskotka Sopotu" jak z kolei zapewnia własnoręczną dedykacją sopocki Parasolnik na odwrocie powyższego zdjęcia. Dodajmy: nieżyjąca już "maskotka". Człowiek jest mi w sumie bliżej nieznany (chociaż w latach 70. byłem częstym gościem w Sopocie), więc niewiele mogę o nim powiedzieć, ale skoro takiego zdjęcia w internecie nie znalazłem... Natomiast wiele opowieści o nim można przeczytać tutaj.

Jutrzejsze Święto Pracy stało się tendencyjnym pretekstem do zamieszczenia powyższego zdjęcia. Co ma ono wspólnego z jutrem? Niby nic, ale jak człowiek się postara, to coś się zawsze wymyśli... Skoro parasol, to deszcz, a mnie się mocno wydaje, że pod względem stosunku do spraw związanych z pracą, to cofamy się w rozwoju, dostając się właśnie z deszczu pod rynnę. I zanosi się na to, że żaden parasol nas nie ochroni.

Ale zacznijmy od początku, to znaczy od pierwszych regulacji dotyczących pracy. Jak podają liczne źródła, pierwsze regulacje wynagrodzenia pracownika były dość proste: miało ono odpowiadać wartości chleba, który miał dostarczyć odpowiedniej liczby kalorii - do późniejszego ich spalenia w pracy, rzecz jasna. Jak na dzisiejsze czasy, słowo "wynagrodzenie" brzmi w tym kontekście dość komicznie, by nie powiedzieć: brutalnie. Później zaczęły pojawiać się regulacje dotyczące płacy minimalnej, ale nie zmieniało to faktu, że do lat 90. XIX wieku pracowano nawet po 12 godzin dziennie, bez wypoczynku niedzielnego. Do połowy XX wieku tygodniowy czas pracy został skrócony z ok. 80-90 godzin do 40-48 (konwencja Międzynarodowej Organizacji Pracy uchwaliła w 1919 roku 8-godzinny dzień pracy). Jako ciekawostkę, wyczytaną właśnie ze stron tej organizacji  (rozdział: "Historia MOP" - "Lata początkowe", pkt. 8), podam, że Polska do dziś nie ratyfikowała tych konwencji. Może to jednak mało istotna rzecz - nie znam się na tym - bo jednak w Polsce, po odzyskaniu niepodległości po zaborach na mocy dekretu z 1918 roku i tak wprowadzono 8-godzinny dzień pracy i 46-godzinny tydzień pracy (z tzw. angielską sobotą - 6 godz.). Po wojnie, w 1946 roku przywrócono przedwojenne regulacje. Piszący te słowa, pracując początkowo "na warsztacie", miał jeszcze okazję załapać się na angielską sobotę. Sama radość - skończyć pracę w samo południe, z perspektywą wolnego do poniedziałkowego ranka. W latach 70. w naszym kraju zaczęto wprowadzać wolne soboty. Początkowo nieśmiało i z pewnym haczykiem - uzależniano dzień wolny od wykonania planu - ale z biegiem lat było ich coraz więcej... Tych sobót, bo plan to albo leżał, albo był wykonany przed czasem.

No i tak patrząc na tę ewolucję czasu pracy, zacząłem się zastanawiać. W nie tak przecież odległej przeszłości, ludzie nawet ginęli na ulicach aby wywalczyć sobie ośmiogodzinny dzień pracy. Później cieszyli się skróconym dniem pracy w angielskie soboty, które jeszcze później zamieniały się w dni wolne (jednym z 21 sierpniowych postulatów z 1980 roku również były wolne soboty). I po co to wszystko? Po co ta cała walka "na barykadach" przez stulecia? Ano po to, żeby teraz cieszyć się jak dzieci z nienormowanego czasu pracy, szukać możliwości dorobienia w nadgodzinach, czy wręcz łapanie się drugiego etatu. No, postęp cywilizacyjny niebywały.

Coś cienko widzę z mojego stanowiska obserwacyjnego ten cały postęp. Zamiast żyć z pracy, jakby zataczamy koło i znowu zaczynamy żyć dla pracy. Trudno odpowiedzieć, w którym miejscu rozwoju jesteśmy, ale na moje oko to dostaliśmy się z deszczu pod rynnę. No cóż, sami sobie zgotowaliśmy taki los. I tylko jeszcze takie pytanie mi się nasuwa: czy to nam za mało płacą, czy mamy za duże apetyty? Pytanie z rodzaju tych filozoficznych. Bo wiadomo, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.


*  *  *  *  *  *  *





Skoro ludzkość w swoim marszu ku przyszłości kręci się w kółko, więc i ja wrócę do początku wpisu, aby zamknąć go w zgrabną całość. Zdjęcie pochodzi z sopockiego "monciaka" - terenu działania Parasolnika, więc jak najbardziej się tu nadaje. No i jaką płytę z rosnącej blogowej kolekcji wyciągnęła nam papużka? Oczywiście "papużkową". Z takim walecznym utworem, jak ta walka o czas pracy. Tak na marginesie: nawet nie wiecie ile pracy mnie kosztuje takie powiązanie muzyki z wpisem (nawet jeśli jest to mocno tendencyjne). ;)

Budgie - Napoleon Bona part 1 & 2



sobota, 30 kwietnia 2011, slawnw

Polecane wpisy